[konkurs] góry, szczyty itp.
Michal Jankowski
Feb 2, 2005, 7:21:14 AM
Tym razem konkurs jest łatwy. Przy każdym pytaniu podana jest liczba
punktów do zdobycia - za autora i za tytuł.
Termin nadsyłania odpowiedzi - do niedzieli 6 lutego godzina 22:00.
W razie równej liczby punktów decyduje kolejność zgłoszeń.

Do zdobycia 58 punktów (plus jeden dodatkowy, ale nie powiem teraz, za
co).

A zatem, do dzieła!

MJ

1. 2+2

Wszyscy mieli nogi obolałe i bardzo byli zmęczeni, lecz wytrwale
wlekli się przez kilka jeszcze mil uciążliwej, krętej drogi. Słońce
minęło zenit i przeszło na zachodnią stronę nieba. Odpoczywali krótko,
zjedli coś naprędce i szli dalej. Przed nimi piętrzyły się góry, oni
jednak idąc głębokim parowem widzieli tylko ich najwyższe grzbiety i
odległe wierchy na wschodzie.

W końcu doszli do ostrego skrętu. Droga, która dotychczas prowadziła
na południe klucząc między krawędzią rzecznego koryta po prawej a
stromym zboczem ku lewej stronie - tu zawracała znowu prosto na
wschód. Za zakrętem ujrzeli ścianę skalną niezbyt wysoką, mierzącą nie
więcej niż trzydzieści stóp, poszczerbioną u szczytu na kształt piły.
Przez szeroki wyłom, który zapewne wyżłobił sobie niegdyś potężny i
obfity wodospad, ściekała ledwie nikła strużka.


2. 1+1

Lęki! wzdychania! rozżalenia,
Przenikające nieświadomy
Bezmiar powietrza!... Hen! na złomy,
Na blaski turnie, na ich cienia

Stado sie kozic rozprzestrzenia;
Nadziemskich lotów ptak łakomy
Rozwija skrzydeł swych ogromy,
świstak gdzieś świszcze spod kamienia.

A między zielska i wykroty,
Jak lęk, jak żal, jak dech tęsknoty,
Wtulił się krzak tej dzikiej róży.


3. 2+2

Osiem tysięcy siedemdziesiąt pięć metrów.
Serce przepełnia ogromna radość.
- Ach, gdyby tamci wiedzieli!
Gdyby wszyscy wiedzieli!

Szczyt ma kształt lodowego grzebienia pocietego półkami. Po drugiej
stronie straszne, niezgłębione przepaście opadaja pionowo spod naszych
nóg. Chmury płyną w połowie wysokości góry, kryjac łagodną i żyzną
dolinę Pokhara, leżącą siedem tysięcy metrów poniżej nas. Ponad nami
nie ma nic.

Zadanie jest wykonane. Ale spełniło się coś znacznie większego. Jakże
piękne będzie teraz życie!

Jestem wzruszony. Nigdy nie odczuwałem jeszcze tak wielkiej i czystej
radości. Ta najwyższa brunatna skała... lodowa grań... czyż to jest
cel całego życia? Granice dumy?


4. 1+1

Wyniosłe góry dwoma pasmami spływały ku Łysicy i wrastały w nią, ażeby
dalej iść jednym grzbietem wysokim i najeżonym skałami. Stał jeszcze
po nich wszędzie las, jak władca, i rozpościerał swe panowanie.
Granatowe jego łany osędziały od śniegu. Gięły się na odległych
garbach gór i niby długie srebrnoszare zwoje spływały przestronnymi
wąwozami ku dolinom, gdzie już osiadł zimny cień wieczora. Na krańcach
leśnych rozpoczynała się dziedzina jałowcu, równie dzika i rozległa.
Zasnute śniegiem jałowce zdały się być z mrozu samego utkane i tak
przedziwnie złudne, jakby na nie w biały jeszcze dzień padało światło
księżyca. Ta ziemia, opasana borem, skryta w jego tajemnicy, miała w
sobie grozę i wspaniałą dumę.


5. 2+2

Posuwając się w tę stronę, natrafiliśmy na wąski, kręty wąwóz górski,
a następnie po przebyciu jeszcze jednej niewielkiej kotlinki
dostaliśmy się na szeroką, zieloną dolinę, ciągnącą się wprost ku
południu.

Po obu jej stronach wznosiły się wysokie pasma gór z licznymi,
tkwiącymi w ich trzonie kraterami, podobnymi do tych, które zasiewają
bezpowietrzną półkulę Księżyca. Szczyty gór pokryte były śniegiem;
śnieg, spadły widocznie w nocy, leżał także jeszcze miejscami w
dolinie, tając dopiero w promieniach niewiele nad horyzont
wzniesionego słońca.

Ściekające zeń wody tworzyły spory potoczek, płynący bystro w licznych
zakrętach.

W tej dolinie postanowiliśmy zatrzymać się pewien czas, przekonaliśmy
się bowiem, że dalsza droga na południe o tak wczesnej porze dnia
narażałaby nas na dotkliwe zimno w okolicach, gdzie jest coraz większa
różnica między średnią ciepłotą dnia a nocy.


6. 2+2

Nasz początkowy zapał zniknął i marsz zamieniał się w ponurą
walkę. Nagle zauważyłem, że grań przede mną zamiast wznosić się jak
poprzednio, opada ostro, a w dole dostrzegłem Przełęcz Północną i
lodowiec Rongbuk. Spojrzałem w górę: wąska, biała grań spiętrzyła się
w śnieżny wierzchołek. Jeszcze kilka uderzeń czekana w twardy śnieg i
oto staliśmy na szczycie.

Moim pierwszym uczuciem była ulga - ulga, że nie trzeba już rąbać
żadnych stopni, pokonywać żadnych grani, wspinać się na żadne garby
łudzące nadzieją sukcesu. Spojrzałem na T. Mimo że kaptur, gogle i
maska tlenowa, cała zarośnięta długimi soplami lodu, ukrywały jego
twarz, nie do ukrycia byl zarazliwy uśmiech szczerej radości, z jakim
rozglądal się wokoło. Uścisnęliśmy sobie ręce, po czym T. objął mnie i
zaczęliśmy klepać się po plecach niemal do utraty tchu. Była godzina
jedenasta trzydzieści. Grań szczytowa pochłonęła nam długie jak życie
dwie i pół godziny.

7. 2+2

Miałem ochote zerwać hełm z głowy, żeby choć raz zaczerpnąć świeżego
powietrza. Mimo woli oglądałem się za siebie. Towarzyszom, mniej
wprawnym w chodzeniu po górach, musiało być jeszcze ciężej. Zgarbieni,
szli powoli we mgle pełznącej w górę zbocza niskimi obłoczkami. Szczyt
dawno już zniknął nam sprzed oczu: góra rozstąpiła się popękanymi
płytami w dwie strony, jakby przeszła tędy odkładnica potwornego
pługa. dno żlebu zaścielał białawy, suchy piarg, wysoko ponad
krawedziami obrywów śmigały w górę żółtawe, szare i brunatne
turnie. Spod ich groznie przewieszonych żeber rozchodziły się stożki
nasypowe. O ósmej rano, w siedemnaście godzin od katastrofy, po
wielkich, zwietrzałych głazach wspięliśmy się na szczyt.


8. 1+1

Tu szczyt... lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną.
Spojrzę... Ach! pod stopami niebo i nad głową
Niebo... Zamknięty jestem w kulę kryształową;
Gdyby ta igła lodu popłynęła ze mną
Wyżej - aż w niebo... nie czułbym, że płynę.
Stąd czarne skrzydła myśli nad światem rozwinę.


9. 3+3

Skoro tylko zaczęło świtać, przy nieustannym łomocie wiatr opuszczamy
niezbyt przytulny oboz II. Pewno nasi następcy rozbuduja go, zmienia
na inny ten, może na Mazurach przydatny namiot - my w kadym razie
zrobiliśmy swoje a nawet więcej - Dwójka stoi. Obwiązujemy jeszcze
nasze "cudo" i bez nadmiernego żalu ni straty czasu obniżamy się na
Lho Lę. Nie jest to kres naszej dzisiejszej wędrówki, marzy nam się
obiad w Bazie, prawdziwe jedzenie, prawdziwe picie, mycie oraz spanie
u siebie. Ale na razie Lho La - tu życzliwie wyciągnięta z "Turni"
ręka podaje nam menażkę pełną kaszki bananowej dla dzieci od 4
miesięcy. Ależ ich zaskoczyliśmy - Mirka i Wacka, leżą jeszcze w
śpiworach, ledwo zaczęli gotować, gdy my tymczasem zjawiamy się z góry
niczym wyrzut sumienia. Więc kaszka, łyk herbaty (brr, ohyda) i już -
dziękujemy za goscinę - podrywamy się do dalszej drogi, bo wiem z
doświadczenia jak łatwo się zasiedzieć i nie ruszyć wcześniej aż
nasteępnego dnia. Nie, jeszcze nie tym razem, chocia bardzo mi się nie
chce, zmuszam się do powstania, zarzucenia plecaka i marszu wreszcie
przez połogie przestrzenie Lho Li.

Szczelina brzeżna, próg skalny, poręcz i to niestety prowadzące w
górę, aż na grań Khumbutse. Ależ ta droga jest zwariowana, aby wrócić
do bazy po wyczerpujących dniach pracy musisz, bracie, dla całkowitego
juz masochizmu wspiąć się jeszcze ok. 300 m do góry i dopiero wtedy
przytąpić do zwyczajowych zjazdów.


10. 2+2

Ach, ten "second step"! Te okropne trzy metry skały! Tak pociesznie
banalne jest to, co niemożliwe. Niepotrzebne plus niemożliwe równa się
tragedia. Fakt, iż Mallory skapitulował i musiał zawrócić nie jest
decydujący. Pozostał na Evereście, ponieważ umarło jego szaleństwo, a
wraz z nim nadzieja. Mallory miał prze sobą alternatywę: szczyt albo
śmierć. Jak mógłby wymknąć się śmierci po nieudanym odwrocie? Jak nie
dać się szaleństwu? Butle tlenowe były puste, a otępiały umysł nie
odróżnia szczytu od śmierci. Mallory wyczerpal wszystkie swe
możliwości i wyruszył w drogę powrotną, która błądziła w nocy i mgle.
Na końcu wszystko się rozpłynęło. Jego los zostal przesądzony.


11. 2+2

Byli już w górnej partii filaru. Skała, nadal chropawa, zaczynała
powoli, a przez to jak gdyby podstępnie odpychać, coraz wyrazniej
przewieszona i bez uczciwych zaklinowań nie dałoby się tak iść; kilka
metrów wyżej szczelina, do tego miejsca wyrazna, zasklepiła się,
P. miał jeszcze jakieś pięć metrów swobodnej liny, lecz kazał ją
ściągnąć M., by się rozejrzeć. R. przeszedł tędy - bez haków, bez liny
i bez asekuracji. - A więc i ja to potrafię - pomyślał. Szukał po
omacku nad sobą; kostka prawej stopy, zaklinowanej w ostatnim
koniuszku szczeliny, która go dotąd prowadziła, ostro zakłuła od
forsownego skręcenia; mimo to nie ustawał w wysiłkach. Naraz samymi
czubkami palców zmacał listewkę, węższą od opuszki; można sie było na
niej podciągnąć, ale co dalej?


12. 2+2

Przez następne dwie godziny Beidleman, Groom, dwóch Szerpów i
siedmioro klientów chodziło po omacku wkoło, mając nadzieję, że natkną
się na obóz. Byli coraz bardziej wyczerpani i wychłodzeni. W którymś
momencie znalezli parę wyrzuconych butli tlenowych i wydawało im się,
że namioty są gdzieś blisko, ale nie byli w stanie ich zlokalizować.
"Panowal totalny chaos - mówi o tym Beidlman. - Ludzie chodzili we
wszystkich kierunkach. Wrzeszczałem na nich, żeby słuchali jednego
kierownika. wreszcie około 22.00 przeszedłem jakieś małe wzniesienie i
poczułem się tak, jakbym stał na krawedzi. Tuż za nią wyczuwałem
ogromna otchłań".

Grupa nieświadomie zboczyła w kierunku najbardziej na wschód
wysuniętej krawędzi przepasci, która kończyła sie 2000-metrową
przepaścią ściany Kangchung. Byli na tym samym poziomie co Obóz 4,
tyle że 300 metrów w bok od niego. Beidlman wspomina: "Wiedziałem, że
jeśli nie przestaniemy błąkać się w wichurze, wkrótce kogoś
stracimy". Czułem się wyczerpany ciągnięciem Yasuko. Charlotte i Sandy
niemal nie były w stanie stać na własnych nogach. Krzyknąłem więc,
żeby wszyscy się stłoczyli w jednym miejscu i przytuleni do siebie
poczekali na przerwę w burzy.


13. 2+2

Ogarnięci melancholią powedrowali dalej. Ścieżka pięła się wyżej i
wyżej, czuli coraz większe zmęczenie i było im coraz zimniej. W końcu
usiedli, żeby chwilę odpocząć. Wszędzie dokoła toczyły się zwały
chmur, a oni przypatrywali się im w milczeniu. I nagle w ciemnym
niebie powstała szczelina, a po chwli całe morze chmur znalazło si pod
nimi. Widziane z góry wyglądały tak miękko i były tak piękne, że miało
się ochotę brodzić w nich nurzać się i tańczyć.
- Jesteśmy teraz nad chmurami - oznajmił uroczyście W.


14. 2+2

Pochyliłem sie do przodu i przyłożyłem nóż do liny.

Nawet nie trzeba było go naciskać. Naprężona żyła strzeliła przy
zetknięciu z ostrzem, a ja, nie ściągany już dłużej w dół, poleciałem
na plecy. Cały się trząsłem.

Oparty plecami o śnieg, usiłowałem wyrównać oddech. W skroniach walił
mi oszalały młot. Potok śniegu zaszuścił tuż obok. Nie reagowałem,
mimo iż spływał mi po twarzy i piersi, wciskając się pod rozsunięty
zamek i sięgając coraz niżej. Nieprzerwany strumień przelewał się nade
mną ku dołowi, ponad przeciętą liną, w stronę Joe.

Myślałem tylko o jednym udało się, żyję. Od chwili, gdy przeciałem
linę, pytanie gdzie był teraz Joe i czy jeszcze żył, już mnie nie
dotyczyło. Nie ciążył mi więcej. Dokola miałem wiatr i lawiny.

Usiadłem w normalnej pozycji i luzny zwój sznura upadł na śnieg. Z
płytki sterczała wystrzępiona końcówka - jego już nie było. Czy ja go
naprawdę zabiłem? Nie chciałem o tym myśleć, ale coś w środku
powtarzało, że tak.


15. 2+2

Teraz zaczęliśmy wspinać się na zbocze Sneffelsa; ośnieżony jego
wierzchołek, na skutek złudzenia optycznego zdarzającego się często w
górach, wydawał mi się bardzo bliski, choć w rzeczywistości trzeba
było wielu długich godzin, aby go osiągnąć. A przede wszystkim jakiego
wymagało to wysiłku! Kamienie, których nie łączyły ze sobą ani ziemia,
ani trawa, usuwały się nam spod nóg i spadały gdzieś na równinę z
szybkością lawiny.

W niektórych miejscach stoki góry były tak strome, że nie sposób było
wspiąć się na nie i musieliśmy z wielkim trudem omijać te kamieniste
zbocza. Pomagaliśmy sobie, podciągając sie nawzajem za pomocą okutych
kijów. Muszę przyznać, że wuj trzymał się przy mnie możliwie jak
najbliżej; nie tracił mnie z oczu ani na chwile i nieraz ramię jego
udzielało mi pomocy. On sam mial jakieś wrodzone poczucie równowagi,
gdyż ani razu sie nie potknął.


16. 1+1

W dali rysowało się na tle nieba długie pasmo innych szczytów, a ona
wznosiła się bliżej i osobno, zupełnie jak wyspa wśród morza dżungli.
Gdy przyjechali bliżej, okazało się, że strome jej boki oblewa pętlica
tejże samej rzeki, nad którą siedzieli poprzednio. Szczyt był ścięty,
płaski zupełnie i widziany z dołu, wydawał się pokryty jednym gęstym
lasem. S. wyliczył, że skoro cypel, na którym rósł ich baobab,
wyniesiony był na siedemset metrów, a góra ma osiemset, będą więc
mieszkali na wysokości tysiąca pięciuset metrów, a zatem w klimacie
niewiele już gorętszym od egipskiego. Myśl ta dodała mu otuchy i chęci
do jak najprędszego zajęcia tej naturalnej fortecy.

Jedyny grzbiet skalisty, który do niej prowadził, znaleźli łatwo i
poczęli się nim wspinać. Po upływie półtorej godziny stanęli na
szczycie.
	

[konkurs] góry, szczyty itp.
Michal Jankowski
Feb 7, 2005, 7:34:52 AM
... wraz z wyborem ciekawszych odpowiedzi uczestników konkursu oraz
komentarzem.
> 1. 2+2
>
> Wszyscy mieli nogi obolałe i bardzo byli zmęczeni, lecz wytrwale
> wlekli się przez kilka jeszcze mil uciążliwej, krętej drogi. Słońce
> minęło zenit i przeszło na zachodnią stronę nieba. Odpoczywali krótko,
> zjedli coś naprędce i szli dalej. Przed nimi piętrzyły się góry, oni
> jednak idąc głębokim parowem widzieli tylko ich najwyższe grzbiety i
> odległe wierchy na wschodzie.
>
> W końcu doszli do ostrego skrętu. Droga, która dotychczas prowadziła
> na południe klucząc między krawędzią rzecznego koryta po prawej a
> stromym zboczem ku lewej stronie - tu zawracała znowu prosto na
> wschód. Za zakrętem ujrzeli ścianę skalną niezbyt wysoką, mierzącą nie
> więcej niż trzydzieści stóp, poszczerbioną u szczytu na kształt piły.
> Przez szeroki wyłom, który zapewne wyżłobił sobie niegdyś potężny i
> obfity wodospad, ściekała ledwie nikła strużka.

>> Cholera, skądś to chyba znam, ale skąd? Może to "Poszarpane granie" Wita
>> Szostaka? "Kometa nad doliną Muminków" Tove Jansson? Pewnie ani jedno, ani
>> drugie...

W rzeczy samej. A Szostaka w ogóle nie mam przyjemności.

>> Na początku myślałem, że to Szostak. Ale po namyśle stwierdzam, że
>> na pewno nie, bo jednak styl zdecydowanie odmienny. Ale sam tekst
>> brzmi bardzo znajomo. Może to Verne jakowyś? Chociaż też nic nie
>> pasuje...

Nie pasuje.

>> Kojarzy mi się z z niczym i ze wszystkim. Tolkien, LotR.

>> J.R.R. Tolkien, "Władca Pierścieni". Drużyna, w drodze do Morii,
>> dociera do ex-Wodospadu Schodów. I tu zawsze mi zgrzytało. Bo podobno
>> elfy śmigają jak świstaki na sreberkach, leciutko, no w ogóle balet i
>> kondycja - a tu "wszyscy". Oj, obawiam się, że gdyby elf miał nogi
>> obolałe, to reszta maszerowałaby już na kościach udowych.

Otóż to. 3 poprawne (lub prawie) odpowiedzi.

=============================================================================
> 2. 1+1
>
> Lęki! wzdychania! rozżalenia,
> Przenikające nieświadomy
> Bezmiar powietrza!... Hen! na złomy,
> Na blaski turnie, na ich cienia
>
> Stado sie kozic rozprzestrzenia;
> Nadziemskich lotów ptak łakomy
> Rozwija skrzydeł swych ogromy,
> świstak gdzieś świszcze spod kamienia.
>
> A między zielska i wykroty,
> Jak lęk, jak żal, jak dech tęsknoty,
> Wtulił się krzak tej dzikiej róży.
>

>> Jan Kasprowicz: Krzak dzikiej rozy w Ciemnych Smreczynach
>> (niech zyje polski w szkole sredniej:)

No proszę, na coś się przydaje.

>> Poezja do mnie nie trafia, ale ta akurat charakterystyczna jest.
>> Jedna tylko epoka taki zachwyt górami objawiała, autorów
>> prawdopodobnych dwóch w porywach do trzech kojarzę (z pewnością jednak
>> liczba ta jest tak ograniczona wyłącznie wskutek mojego nieuctwa :)).
>> Kasprowicz?

>> - Jan Kasprowicz "Krzak dzikiej róży w Ciemnych Smreczynach" I po co
>> było zostawiać ten krzak na końcu? Taka wskazówa, że głowa boli.

Za to tylko 2 punkty za całe pytanie.

>> Kazimierz Tetmajer: Krzak dzikiej róży.

Kto? 8-)

Siedem trafień w autora.

=============================================================================
> 3. 2+2
>
> Osiem tysięcy siedemdziesiąt pięć metrów.
> Serce przepełnia ogromna radość.
> - Ach, gdyby tamci wiedzieli!
> Gdyby wszyscy wiedzieli!
>
> Szczyt ma kształt lodowego grzebienia pocietego półkami. Po drugiej
> stronie straszne, niezgłębione przepaście opadaja pionowo spod naszych
> nóg. Chmury płyną w połowie wysokości góry, kryjac łagodną i żyzną
> dolinę Pokhara, leżącą siedem tysięcy metrów poniżej nas. Ponad nami
> nie ma nic.
>
> Zadanie jest wykonane. Ale spełniło się coś znacznie większego. Jakże
> piękne będzie teraz życie!
>
> Jestem wzruszony. Nigdy nie odczuwałem jeszcze tak wielkiej i czystej
> radości. Ta najwyższa brunatna skała... lodowa grań... czyż to jest
> cel całego życia? Granice dumy?

>> Tia. Jaka to góra ma 8075? Czy nie Annapurna? No to aż tak_ cieszyć się
>> mógł chyba tylko pierwszy zdobywca, Maurycy Herzog. Tytuł, tytuł... Niech
>> będzie: "Zdobycie Annapurny"

"Annapurna" po prostu. Herzog w rzeczy samej. Nie Kukuczka i nie Messner.
Jedno trafienie w autora.

=============================================================================
> 4. 1+1
>
> Wyniosłe góry dwoma pasmami spływały ku Łysicy i wrastały w nią, ażeby
> dalej iść jednym grzbietem wysokim i najeżonym skałami. Stał jeszcze
> po nich wszędzie las, jak władca, i rozpościerał swe panowanie.
> Granatowe jego łany osędziały od śniegu. Gięły się na odległych
> garbach gór i niby długie srebrnoszare zwoje spływały przestronnymi
> wąwozami ku dolinom, gdzie już osiadł zimny cień wieczora. Na krańcach
> leśnych rozpoczynała się dziedzina jałowcu, równie dzika i rozległa.
> Zasnute śniegiem jałowce zdały się być z mrozu samego utkane i tak
> przedziwnie złudne, jakby na nie w biały jeszcze dzień padało światło
> księżyca. Ta ziemia, opasana borem, skryta w jego tajemnicy, miała w
> sobie grozę i wspaniałą dumę.

>> A to Żeromski zdecydowanie. Pytanie tylko czy "Popioły", czy
>> "Puszcza Jodłowa", czy coś jeszcze inszego. Entliczek... Niech będą
>> "Popioły".
>>
>> Myślmy... "Osędziały"... Nikt tak już dziś nie pisze. Łysica... czyli
>> Góry świętokrzyskie... Całość lekko trąci kiczem... Stefan Żeromski.
>> Problem tylko z czego to... Waham się między "Popiołami" (jednak) a
>> "Puszczą jodłową"... Ale, ze konkurs ma być łatwy... bo ma być,
>> prawda?... To strzelam w te "Popioły", a krew moja niech spadnie na
>> autora pytań!

"Popioły". Trzy odpowiedzi z dobrym tytułem, trzy z "Puszczą...".

=============================================================================
> 5. 2+2
>
> Posuwając się w tę stronę, natrafiliśmy na wąski, kręty wąwóz górski,
> a następnie po przebyciu jeszcze jednej niewielkiej kotlinki
> dostaliśmy się na szeroką, zieloną dolinę, ciągnącą się wprost ku
> południu.
>
> Po obu jej stronach wznosiły się wysokie pasma gór z licznymi,
> tkwiącymi w ich trzonie kraterami, podobnymi do tych, które zasiewają
> bezpowietrzną półkulę Księżyca. Szczyty gór pokryte były śniegiem;
> śnieg, spadły widocznie w nocy, leżał także jeszcze miejscami w
> dolinie, tając dopiero w promieniach niewiele nad horyzont
> wzniesionego słońca.
>
> Ściekające zeń wody tworzyły spory potoczek, płynący bystro w licznych
> zakrętach.
>
> W tej dolinie postanowiliśmy zatrzymać się pewien czas, przekonaliśmy
> się bowiem, że dalsza droga na południe o tak wczesnej porze dnia
> narażałaby nas na dotkliwe zimno w okolicach, gdzie jest coraz większa
> różnica między średnią ciepłotą dnia a nocy.

>> Jerzy Żuławski, "Na srebrnym globie". Chyba...

A nawet na pewno. Myślałem, że będzie łatwiejsze - "bezpowietrzna
półkula Księżyca" to chyba nigdzie indziej nie występuje?
Sześć odpowiedzi, ale dwa razy z imieniem Juliusz - nie, to nie ten...
=============================================================================
> 6. 2+2
>
> Nasz początkowy zapał zniknął i marsz zamieniał się w ponurą
> walkę. Nagle zauważyłem, że grań przede mną zamiast wznosić się jak
> poprzednio, opada ostro, a w dole dostrzegłem Przełęcz Północną i
> lodowiec Rongbuk. Spojrzałem w górę: wąska, biała grań spiętrzyła się
> w śnieżny wierzchołek. Jeszcze kilka uderzeń czekana w twardy śnieg i
> oto staliśmy na szczycie.
>
> Moim pierwszym uczuciem była ulga - ulga, że nie trzeba już rąbać
> żadnych stopni, pokonywać żadnych grani, wspinać się na żadne garby
> łudzące nadzieją sukcesu. Spojrzałem na T. Mimo że kaptur, gogle i
> maska tlenowa, cała zarośnięta długimi soplami lodu, ukrywały jego
> twarz, nie do ukrycia byl zarazliwy uśmiech szczerej radości, z jakim
> rozglądal się wokoło. Uścisnęliśmy sobie ręce, po czym T. objął mnie i
> zaczęliśmy klepać się po plecach niemal do utraty tchu. Była godzina
> jedenasta trzydzieści. Grań szczytowa pochłonęła nam długie jak życie
> dwie i pół godziny.

>> Nazwy nic mi nie mówią. Ale ów "T."... No to jak w pysk Tenzing. Czyli
>> narratorem jest Edmund Hilary. Ale tytułu nie podam. Pewnie coś
>> napisał, ale...

Dobrze kombinujesz, dobrze...

>> Autorem tych słów jest niewątpliwie sir Edmund Hillary, ale
>> pochodzą one IIRC z książki sir Jamesa Hunta, "Zdobycie Mount
>> Everestu".

Tak. Dodatkowy punkt był za podanie nazwisk obu panów H. (za podanie
jednego nazwiska Hillary lub Hunt były dwa punkty). W sumie siedem
odpowiedzi, w tym dwa razy tytuł.
=============================================================================
> 7. 2+2
>
> Miałem ochote zerwać hełm z głowy, żeby choć raz zaczerpnąć świeżego
> powietrza. Mimo woli oglądałem się za siebie. Towarzyszom, mniej
> wprawnym w chodzeniu po górach, musiało być jeszcze ciężej. Zgarbieni,
> szli powoli we mgle pełznącej w górę zbocza niskimi obłoczkami. Szczyt
> dawno już zniknął nam sprzed oczu: góra rozstąpiła się popękanymi
> płytami w dwie strony, jakby przeszła tędy odkładnica potwornego
> pługa. dno żlebu zaścielał białawy, suchy piarg, wysoko ponad
> krawedziami obrywów śmigały w górę żółtawe, szare i brunatne
> turnie. Spod ich groznie przewieszonych żeber rozchodziły się stożki
> nasypowe. O ósmej rano, w siedemnaście godzin od katastrofy, po
> wielkich, zwietrzałych głazach wspięliśmy się na szczyt.

>> nie wiem, znowu jakas literatura gorska

A jaka ma być, skoro to konkurs o górach w literaturze? Ale to akurat
powieść jest.

>> Znam to. I to jeszcze bardziej niż jedynka nasuwa mi Verne'a. Choć
>> pewnie i tutaj to on nie będzie :)

Nie on.

>> Hełm?... "Coś z Lema"! I jeśli trafiłem, to wstyd mi, że nie wiem,
>> co. Może bym i wymyślił, ale organizm ma deficyt kawy, a termin
>> goni, więc nie będę kombinował.

Wypada pochwalić za staranne czytanie. Tak jest, ziemskich szczytów
razczej nie zdobywa się w hełmach.

>> Katastrofa... Ja to czytałem... Ja to sobie przypomnę... Na pewno sobie
>> przypomnę...

No cóż.

>> Erm... Bedę strzelać. Lepiej się kryć. Stanisław Lem, bodaj czy nie
>> "Astronauci"?

Trafiony, zatopiony.
Lem 4 razy, z tytułem 3 razy.
=============================================================================
> 8. 1+1
>
> Tu szczyt... lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną.
> Spojrzę... Ach! pod stopami niebo i nad głową
> Niebo... Zamknięty jestem w kulę kryształową;
> Gdyby ta igła lodu popłynęła ze mną
> Wyżej - aż w niebo... nie czułbym, że płynę.
> Stąd czarne skrzydła myśli nad światem rozwinę.

Myślałem, że to znają wszyscy.
Ale:

>> Adam Asnyk.

No gdzie tam...

>> Byłżeby to Wieszcz Juliusz Słowacki i jego "Kordian"?
>>
>> Pojęcia nie mam. Skoro "czarne skrzydła myśli nad światem", to może monolog
>> Kordiana (bez chama) na Górze Białej pióra maestro Słowackiego?
>>
>> Nie lubiłem tego, ale trudno nie poznać. Słowacki, "Kordian".

7 poprawnych odpowiedzi.
=============================================================================
> 9. 3+3
>
> Skoro tylko zaczęło świtać, przy nieustannym łomocie wiatr opuszczamy
> niezbyt przytulny oboz II. Pewno nasi następcy rozbuduja go, zmienia
> na inny ten, może na Mazurach przydatny namiot - my w kadym razie
> zrobiliśmy swoje a nawet więcej - Dwójka stoi. Obwiązujemy jeszcze
> nasze "cudo" i bez nadmiernego żalu ni straty czasu obniżamy się na
> Lho Lę. Nie jest to kres naszej dzisiejszej wędrówki, marzy nam się
> obiad w Bazie, prawdziwe jedzenie, prawdziwe picie, mycie oraz spanie
> u siebie. Ale na razie Lho La - tu życzliwie wyciągnięta z "Turni"
> ręka podaje nam menażkę pełną kaszki bananowej dla dzieci od 4
> miesięcy. Ależ ich zaskoczyliśmy - Mirka i Wacka, leżą jeszcze w
> śpiworach, ledwo zaczęli gotować, gdy my tymczasem zjawiamy się z góry
> niczym wyrzut sumienia. Więc kaszka, łyk herbaty (brr, ohyda) i już -
> dziękujemy za goscinę - podrywamy się do dalszej drogi, bo wiem z
> doświadczenia jak łatwo się zasiedzieć i nie ruszyć wcześniej aż
> nasteępnego dnia. Nie, jeszcze nie tym razem, chocia bardzo mi się nie
> chce, zmuszam się do powstania, zarzucenia plecaka i marszu wreszcie
> przez połogie przestrzenie Lho Li.
>
> Szczelina brzeżna, próg skalny, poręcz i to niestety prowadzące w
> górę, aż na grań Khumbutse. Ależ ta droga jest zwariowana, aby wrócić
> do bazy po wyczerpujących dniach pracy musisz, bracie, dla całkowitego
> juz masochizmu wspiąć się jeszcze ok. 300 m do góry i dopiero wtedy
> przytąpić do zwyczajowych zjazdów.

>> Lho La, Khumbutse, Mirek (Gardzielewski czy Dąsal?), Wacek (Otręba) -
>> sugerujesz, że to o tragedii pod Mount Everestem? Ale kto to opisał???
>> Powiedzmy, że to z dzienników Dąsala - "Każdemu jego Everest". Nawet je
>> czytałem, ale to było tak strasznie dawno temu...
>>
>> Mirosław Falco Dąsal: Każdemu jego Everest.

No proszę, wcale nie takie trudne te "górskie" książki.
Dwie poprawne odpowiedzi.

=============================================================================
> 10. 2+2
>
> Ach, ten "second step"! Te okropne trzy metry skały! Tak pociesznie
> banalne jest to, co niemożliwe. Niepotrzebne plus niemożliwe równa się
> tragedia. Fakt, iż Mallory skapitulował i musiał zawrócić nie jest
> decydujący. Pozostał na Evereście, ponieważ umarło jego szaleństwo, a
> wraz z nim nadzieja. Mallory miał prze sobą alternatywę: szczyt albo
> śmierć. Jak mógłby wymknąć się śmierci po nieudanym odwrocie? Jak nie
> dać się szaleństwu? Butle tlenowe były puste, a otępiały umysł nie
> odróżnia szczytu od śmierci. Mallory wyczerpal wszystkie swe
> możliwości i wyruszył w drogę powrotną, która błądziła w nocy i mgle.
> Na końcu wszystko się rozpłynęło. Jego los zostal przesądzony.

>> A nie będzie to Messnera "Druga śmierć Mallory'ego"?

Będzie.

Trzy i pół odpowiedzi. Myślałem, że będzie więcej - wystarczyło
słyszeć, że była taka książka oraz o czym...
=============================================================================
> 11. 2+2
>
> Byli już w górnej partii filaru. Skała, nadal chropawa, zaczynała
> powoli, a przez to jak gdyby podstępnie odpychać, coraz wyrazniej
> przewieszona i bez uczciwych zaklinowań nie dałoby się tak iść; kilka
> metrów wyżej szczelina, do tego miejsca wyrazna, zasklepiła się,
> P. miał jeszcze jakieś pięć metrów swobodnej liny, lecz kazał ją
> ściągnąć M., by się rozejrzeć. R. przeszedł tędy - bez haków, bez liny
> i bez asekuracji. - A więc i ja to potrafię - pomyślał. Szukał po
> omacku nad sobą; kostka prawej stopy, zaklinowanej w ostatnim
> koniuszku szczeliny, która go dotąd prowadziła, ostro zakłuła od
> forsownego skręcenia; mimo to nie ustawał w wysiłkach. Naraz samymi
> czubkami palców zmacał listewkę, węższą od opuszki; można sie było na
> niej podciągnąć, ale co dalej?

>> Brzmi jak coś na podstawie czego Herzog nakręcił "Krzyk kamienia".

Ale nie jest 8-)

>> Stanisław Lem, "Opowieści o pilocie Pirxie". Konkretnie "Wypadek".
>> Olśniło mnie dopiero, jak sobie pomyślałem, że czego jak czego, ale
>> Pirxa to nie powinieneś był pominąć...

Rozumowanie prawidłowe.

Cztery odpowiedzi.

=============================================================================
> 12. 2+2
>
> Przez następne dwie godziny Beidleman, Groom, dwóch Szerpów i
> siedmioro klientów chodziło po omacku wkoło, mając nadzieję, że natkną
> się na obóz. Byli coraz bardziej wyczerpani i wychłodzeni. W którymś
> momencie znalezli parę wyrzuconych butli tlenowych i wydawało im się,
> że namioty są gdzieś blisko, ale nie byli w stanie ich zlokalizować.
> "Panowal totalny chaos - mówi o tym Beidlman. - Ludzie chodzili we
> wszystkich kierunkach. Wrzeszczałem na nich, żeby słuchali jednego
> kierownika. wreszcie około 22.00 przeszedłem jakieś małe wzniesienie i
> poczułem się tak, jakbym stał na krawedzi. Tuż za nią wyczuwałem
> ogromna otchłań".
>
> Grupa nieświadomie zboczyła w kierunku najbardziej na wschód
> wysuniętej krawędzi przepasci, która kończyła sie 2000-metrową
> przepaścią ściany Kangchung. Byli na tym samym poziomie co Obóz 4,
> tyle że 300 metrów w bok od niego. Beidlman wspomina: "Wiedziałem, że
> jeśli nie przestaniemy błąkać się w wichurze, wkrótce kogoś
> stracimy". Czułem się wyczerpany ciągnięciem Yasuko. Charlotte i Sandy
> niemal nie były w stanie stać na własnych nogach. Krzyknąłem więc,
> żeby wszyscy się stłoczyli w jednym miejscu i przytuleni do siebie
> poczekali na przerwę w burzy.

>> A to jest Krakauer (chłe chłe, jak tu nie zapamiętać _takiego_ nazwiska)
>> "Wszystko za Everest".

Znów cztery odpowiedzi.

=============================================================================
> 13. 2+2
>
> Ogarnięci melancholią powedrowali dalej. Ścieżka pięła się wyżej i
> wyżej, czuli coraz większe zmęczenie i było im coraz zimniej. W końcu
> usiedli, żeby chwilę odpocząć. Wszędzie dokoła toczyły się zwały
> chmur, a oni przypatrywali się im w milczeniu. I nagle w ciemnym
> niebie powstała szczelina, a po chwli całe morze chmur znalazło si pod
> nimi. Widziane z góry wyglądały tak miękko i były tak piękne, że miało
> się ochotę brodzić w nich nurzać się i tańczyć.
> - Jesteśmy teraz nad chmurami - oznajmił uroczyście W.

>> A teraz mnie olśniło. A to przypadkiem nie tutaj Szostak będzie,
>> "Wichry Smoczogór"? :)

Znowu ten Szostak? Już mówiłem - nie znam 8-)

>> Tove Jansson: Kometa nad Doliną Muminków. To było najłatwiejsze ;-)

Najłatwiejsze, chłe, chłe, najłatwiejsze. JEDNA poprawna odpowiedź.

=============================================================================
> 14. 2+2
>
> Pochyliłem sie do przodu i przyłożyłem nóż do liny.
>
> Nawet nie trzeba było go naciskać. Naprężona żyła strzeliła przy
> zetknięciu z ostrzem, a ja, nie ściągany już dłużej w dół, poleciałem
> na plecy. Cały się trząsłem.
>
> Oparty plecami o śnieg, usiłowałem wyrównać oddech. W skroniach walił
> mi oszalały młot. Potok śniegu zaszuścił tuż obok. Nie reagowałem,
> mimo iż spływał mi po twarzy i piersi, wciskając się pod rozsunięty
> zamek i sięgając coraz niżej. Nieprzerwany strumień przelewał się nade
> mną ku dołowi, ponad przeciętą liną, w stronę Joe.
>
> Myślałem tylko o jednym udało się, żyję. Od chwili, gdy przeciałem
> linę, pytanie gdzie był teraz Joe i czy jeszcze żył, już mnie nie
> dotyczyło. Nie ciążył mi więcej. Dokola miałem wiatr i lawiny.
>
> Usiadłem w normalnej pozycji i luzny zwój sznura upadł na śnieg. Z
> płytki sterczała wystrzępiona końcówka - jego już nie było. Czy ja go
> naprawdę zabiłem? Nie chciałem o tym myśleć, ale coś w środku
> powtarzało, że tak.

>> Joe Simpson: Dotknięcie pustki.

Tak. Trzy odpowiedzi z ułamkiem.

>> "Czekając na Joe"?

Taki był (nie wiedzieć czemu) polski tytuł filmu na podstawie tej książki.

=============================================================================
> 15. 2+2
>
> Teraz zaczęliśmy wspinać się na zbocze Sneffelsa; ośnieżony jego
> wierzchołek, na skutek złudzenia optycznego zdarzającego się często w
> górach, wydawał mi się bardzo bliski, choć w rzeczywistości trzeba
> było wielu długich godzin, aby go osiągnąć. A przede wszystkim jakiego
> wymagało to wysiłku! Kamienie, których nie łączyły ze sobą ani ziemia,
> ani trawa, usuwały się nam spod nóg i spadały gdzieś na równinę z
> szybkością lawiny.
>
> W niektórych miejscach stoki góry były tak strome, że nie sposób było
> wspiąć się na nie i musieliśmy z wielkim trudem omijać te kamieniste
> zbocza. Pomagaliśmy sobie, podciągając sie nawzajem za pomocą okutych
> kijów. Muszę przyznać, że wuj trzymał się przy mnie możliwie jak
> najbliżej; nie tracił mnie z oczu ani na chwile i nieraz ramię jego
> udzielało mi pomocy. On sam mial jakieś wrodzone poczucie równowagi,
> gdyż ani razu sie nie potknął.

>> Hułos Sneffels? Snickers wiem. Krupiki wiem. Sneffels nie wiem. Wuja z
>> kijem też chyba nie wiem. Chociaż... Cholera, znowu mi Żuławski
>> wyłazi! Ech ten brak tlenu na wysokościach...

>> To jest łatwe. Sneffels + wuj (czyli profesor Lidenbrock) nie pozostawiają
>> wątpliwości. Juliusz Verne, "Podróż do wnętrza Ziemi".

Na moim egzemplarzu jest "Wyprawa do wnętrza Ziemi", ale "podróż" też
akceptowałem.

>> Verne: Podroz do wnetrza ziemi
>> powiedzialabym ze pytanie jest wredne:)

Trzeba się wspiąć, żeby zejść w dół 8-)

Łatwe było. 8 odpowiedzi.

=============================================================================
> 16. 1+1
>
> W dali rysowało się na tle nieba długie pasmo innych szczytów, a ona
> wznosiła się bliżej i osobno, zupełnie jak wyspa wśród morza dżungli.
> Gdy przyjechali bliżej, okazało się, że strome jej boki oblewa pętlica
> tejże samej rzeki, nad którą siedzieli poprzednio. Szczyt był ścięty,
> płaski zupełnie i widziany z dołu, wydawał się pokryty jednym gęstym
> lasem. S. wyliczył, że skoro cypel, na którym rósł ich baobab,
> wyniesiony był na siedemset metrów, a góra ma osiemset, będą więc
> mieszkali na wysokości tysiąca pięciuset metrów, a zatem w klimacie
> niewiele już gorętszym od egipskiego. Myśl ta dodała mu otuchy i chęci
> do jak najprędszego zajęcia tej naturalnej fortecy.
>
> Jedyny grzbiet skalisty, który do niej prowadził, znaleźli łatwo i
> poczęli się nim wspinać. Po upływie półtorej godziny stanęli na
> szczycie.

>> Baobab, chłe chłe chłe, baobab. Skoro ukrywasz imię Stasia
>> Tarkowskiego, to i ja trochę poukrywam: HS "WPiwP"

>> Henryk Sienkiewicz: W pustyni i puszczy?
>> mam nadzieje ze to ten baobab a nie zaden inny:)

_Ten_ baobab. 11 odpowiedzi.

Indywidualna punktacja zostanie rozesłana niebawem.

MJ
	

[konkurs] góry, szczyty itp.
Michal Jankowski
Feb 8, 2005, 9:10:13 AM
Ogłasza się wyniki konkursu. Walka była zażarta, a o ostatecznym
zwycięstwie zdecydowała data stempla pocztowego.
1. Szymon Zbooy Madej 41.0
2. Tomasz Radko 41.0
3. Aganieshka 29.0
4. AJK 23.0
5. woy 21.0
6. Ewa Pocierznicka 20.0
7. Monika Wandzel 14.0
8. Jan Rudziński 12.0
9. Szymon Sokół 10.0
10. Maciek Antecki 10.0
11. Grzegorz Staniak 10.0
12. Grzegorz Bednarczyk 9.0

Gratulacje dla zwycięzcy (który w nagrodę uzyskuje prawo
zorganizowania kolejnego konkursu czytelniczego), podziękowania dla
wszystkich uczestników.

MJ