[konkurs] Literatura łagodzi obyczaje
Tomasz Radko
Jul 6, 2004, 6:54:38 PM
Jako że prawowity władca konkursów w sen letni zapadł, prawem kaduka
proponuję edycję pozaseryjną. Jest ona ... hmmm ... tego ...
[ściszonym głosem] łatwa.
Wyjątkowo konkurs osnuty jest wokół dwóch motywów. Nnnnnnno, nie
do końca. Ale starałem się. Naprawdę.
Zwyczajowe blablabla:
nie korzystamy z bibliotek, książek, internetu, koleżanek etc.
można korzystać z podpowiedzi autora pytań (dzień dobry!), ceny
umowne, po szczegóły zapraszam na priva.
odpowiedzi powinny wpłynąć do północy z soboty na niedzielę

W pytaniach jest zapewne mnóstwo literówek - wyczyściłem klawiaturę,
w efekcie muszę korzystać z rezerwowej, w której niektóre literki
nie kontaktują. Ad rem:

=========================
1. Tytuł, autor, na jakim instrumencie grają bohaterowie
przedstawionego dialogu.

- To bardzo trudne, panie. Muzyka istnieje po prostu po to, by
wypowiedzieć to, czego nie da się ująć w słowach. W tym sensie nie
jest sztuką w pełni ludzką. Czyżbyś więc wreszcie odkrył, że nie
jest przeznaczona dla króla?
- Odkryłem, że istnieje dla Boga.
- I pomyliłeś się pan, ponieważ Bóg mówi.
- A zatem dla ucha?
- To, o czym nie mogę mówić, nie jest przeznaczone dla ucha, panie.
- Dla złota?
- Nie, złoto nie jest wszak słyszalne.
- Dla sławy?
- Nie. To tylko nazwiska zyskują renomę.
- Dla ciszy?
- Cisza jest tylko przeciwieństwem mowy.
- Może dla rywalizujących ze sobą muzyków?
- Nie!
- Dla miłości?
- Nie.
- Dla tęsknoty za miłością?
- Nie.
- Dla osamotnienia?
- Nie, nie.(...) Małe źródełko dla tych, którym brak słów. Dla
wspomnienia o dziecku. Dla uderzeń szewskiego młotka. Dla stanu,
który poprzedza dzieciństwo. Kiedy się nie zna jeszcze oddechu.
Kiedy się nie zna światła.

=========================
2. Tytuł, autor

Muzyka skończyła się wreszcie, bo posługaczka wniosła samowar. Horn
pomagał nakrywać stół i sam rozstawiał szklanki.
- Wilczek, trzy razy pan sfałszowałeś. Wziąłeś pan C zamiast D,
potem jechałeś pan o jedną oktawę niżej - zaczął Blurnenfeld.
- Nic nie szkodzi, bo was dogoniłem prędko - śmiał się Wilczek
chodząc po pokoju, zacierał ręce, a potem bardzo uperfumowaną
chustką obcierał sobie tłustą, okrągłą twarz, pokrytą rzadkim,
niezdecydowanego koloru zarostem.

=========================
3. Tytuł, autor, na jakim akwenie wodnym toczy się akcja scenki.

Było tam trzynastu ludzi - stanowili oczywiście wachtę pokładową.
Diblo twarde chłopaki! Mieli dzban i cynowe czarki. Dzban ciągle był
w obiegu. Jeden śpiewał - można powiedzieć ryczał - a nie był to
wcale przyjemna piosenka, w kżdym razie nie salonowa. (...) Piosenka
zaczynała się tak:

Była tu sobie raz paniusia mała,
Paniusia z miasta naszego,
Co męża swego najczulej kochał,
Lecz jeszcze czulej innego.
Od rana sobie tra la la śpiewała,
Aż do wieczora samego
I męża swego najczulej kochał,
Lecz jeszcze czulej innego.

I tak dalej - aż czternaście zwrotek. Ale wszystko to było bardzo
nędzne i gdy miał zacząć następną zwrotkę, jeden z nich mruknął, że
od takiej śpiewki zdechła raz stara krowa, a drugi dorzucił: - Och,
dałbyś wreszcie spokój. Inny poradził mu, żeby się przeszedł.
Wyśmiewali się z niego, aż się wściekł, skoczył na równe nogi,
począł ich przeklinać i przysięgać, że okulawi po kolei każdego
łobuza.(...)

- Hu! Ha! Jestem stary, prawdziwy żelaznoszczęki, mosiężnołuski,
miedzianobrzuchy truporób z puszcz Arkansas! Spójrzcie! To mnie
nazywają Nagłą Śmiercią i Powszechną Zagładą! Spłodził mnie huragan,
a wydało na świat trzęsienie ziemi - jestem przyrodnim bratem
cholery, a ze strony matki bliskim krewnym ospy. Spójrzcie na mnie!
Kiedy jestem zdrów, zjadam na śniadanie dziewiętnaście krokodyli i
zapijam beczułką whisky, a jakem chory, zjadam korzec grzechotników
i truposza! Jednym spojrzeniem rozłupuję wieczyste skały, a jak się
odezwę, zagłuszam piorun! Hu! Ha! Odstąpcie i zróbcie miejsce
odpowiednie do mojej siły! Krew jest moim codziennym napojem, a jęki
umierających muzyką dla moich oczu! Przyjrzyjcie się mi, panowie!
Przywarujcie i wstrzymajcie oddech, bo będę tańczył!

=========================
4. Tytuł, autor, kto śpiewa.

Po chwili śpiew się rozległ:

Wierzcie, rycerze,
Na nic pancerze,
Na nic się tarcze zdały!
Przez stal, żelazo
W serce się wrażą
Kupida ostre strzały!
(...)
Lecz gdy pawęża
Hardego męża
Przed grotem nie obroni-
Mdła białogłowa
Jakże się schowa
I gdzie się biedna schroni?

=========================
5. Tytuł, autor, kto śpiewa, na jakim instrumencie sobie akompaniuje

Bo kiedym ja jeszcze dzieciątkiem był małym,
Hej dana! czy deszcze, czy wiatry,
Bawiłem się wszystkim, z wszystkiego się śmiałem,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

A kiedy z chłopięcia urosłem w młodzika,
Hej dana! czy deszcze, czy wiatry,
Na widok złodzieja, drzwi każdy zamyka,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

A kiedym wziął żonę, przez wielki gniew boży,
Hej dana! czy deszcze, czy wiatry,
Co wprzódy źle było, to stało się gorzej,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

A kiedy do łóżka iść miałem w noc ciemną,
Hej dana! czy deszcze, czy słoty,
Jak fryga się wszystko kręciło przede mną,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

Już stare to czasy, jak ziemia stworzona,
Hej dana! czy deszcze, czy słoty,
Lecz wszystko to jedno - komedia skończona,
A bawić pragniemy was co dzień.

=========================
6. Tytuł, autor.

Drew zaczął od "Leśnych kwiatków": w średnim tempie zagrał kilka
prostych pasaży. Lonnie pociągnął gumki przesuwając capotasto nieco
w górę. Drew zwiększył siłę dźwięku i muzyka głośno rozbrzmiała nad
zakurzoną stacją benzynową. Nigdy nie słyszałem, żeby grał tak
dobrze, i zacząłem się uważnie wsłuchiwać w melodię, wzruszony jak
tylko może być człowiek niemuzykalny, kiedy czuje, że muzyka płynie
z głębi serca. Po chwili wydało mi się, że Drew dodaje nowy nowy
dźwięk do granej przez siebie melodii, jakiś wyższy ton brzmiący jak
meleńkie echo, i nagle uświadomiłem sobie, iż ten dźwięk, tak cichy
i harmonijny, tak idealnie zlewający się z gitarą, wydobywa się z
banjo. Drew stał odwrócony do mnie tyłem, ale i tak widziałem, że
jest wniebowzięty. Właściwie przestał grać: lekko markował rytm i
Lonnie przejął na siebie cały ciężar muzykowania. Grał bardzo
spokojnie i równomiernie: melodię cechowała urocza, nieprzerwana
płynność, która zdawała się nie mieć końca. Jego ręce, całe
podrapane, nie spieszyły się: palce wykonywały drobne ruchy, jak
palce wytrawnej maszynistki - muzyka po prostu była. Po pewnym
czasie Drew włączył się z powrotem w nowej tonacji i znów grali
razem; zsunąłsię z maski wozu i przez ostatnie kilka minut stał przy
chłopcu. zblizyli instrumenty i pochyliwszy się do siebie przybrali
pozę, jakączęsto przybierają duety wokalne lub występujący w
telewizji piosenkarze folk; widok tego pomylonego wiejskiego
dzieciaka i szlachetnego mieszczucha o dużej twarzy, społecznika i
amatora strzyżenia żywopłotów, wywołał we mnie rzadkie i
niepowtarzalne emocje. Cieszyłem się za Drewa, żeśmy tu przyjechali.
Samo spotkanie z Lonnie'm wystarczyło, żeby wynagrodzić mu wszelkie
trudy podróży.

=========================
7. Kim jest X, jak nazywa się klub, w którym toczy się akcja.

The War zaczął występować przed dziesięciu laty w San Pedro, a teraz
mieli nagle złotą płytę i europejskie tourne. Nie miało znaczenia,
że icg frontman, Eric Burdon, zawsze znajdował się w centrum uwagi.
Grali ostro. Widziałem podniecenie, żądzę i junactwo, wypływające z
nich jak pot.

A dla mnie było tej nocy jeszcze coś ekstra. Szansa na ponowne
wysłuchanie gry X oraz świadomość, że - w innym świecie - był to
jego ostatni publiczny występ. Zespół przedzierał się przez They
Can't Take Away Our Music. Słyszałem dobrze zebrane przez mikrofony
brzmienie perkusji - niczym rąbiącego drzewo topora; dźwięk, jakiego
nigdy nie uzyska się z nagrania. Już to stanowiło wytarczający
powód, by sie tu znaleźć. Burdon miał opadającą poza linię ramion
czuprynę i wyglądał młodziej niż sądziłem - odmłodzony przez energię
swojego zespołu. Snop światła z reflektora oblewał Scota podczas
jego gitarowego solo, a dźwięki, akie Howard wydobywał z
instrumentu, przebijały się przez rumor sekcji rytmiczne na wzór
promieni laserowych. Scot wystrzeliwał je z brązowego Telecastera o
jasnym gryfie, wyglądając ogniście za sprawą baków schodzących tak
nisko, że spotykały się z wąsami.

Kiedy wyśledził go krąg światła, ujrzałem na widowni X. Był w
towarzystwie Moniki i kobiety, którą uznałem za Devon Wilson, i
pięciu czy sześciu innych, toczących się wokół niego. Mial na sobie
koszulę, wyglądającą na uszytą z pawich piór.
(...)
Burdon pomachał do X i X wyszedł na estradę. Miał tam już swojego
czarnego Strata, którego pas przełożył przez plecy, po czym zagrali
Tobacco Road. Z początku szło to niezręcznie. Zdawało się, że X chce
narzucić szybsze tempo, a reszt azepołu nie jest tym zainteresowana.
Kiedy ndeszła jego pora, dali mu solo, a X ruszył z kopyta i zagrał
ostro.

Kiedy raz zaczął, konflikt osobowości przestał mieć jakiekolwiek
znaczenie. Natżenie dźwięku było tak wielkie, że pomyślałem, iz moje
przygłuche od perkusji uszy zaczną rwawić, a gdy gitara sprzęgała,
przeszywal mnie dreszcz i miałem wrażenie, iż rezonuję niczym drogi
kryształ.

=========================
8. Tytuł, autor, imiona i nazwisko trębacza

Spojrzał na zegarek i kiedy dłuższa wskazówka dotknęła najwyższego
punktu, podszedl do megafonu, podniósł ku niemu trąbkę, i
zdenerwowanie opadło z niego jak odrzucona kurtka; nagle był sam
jeden, daleko od wszystkich.

Pierwszy ton byl czysty i absolutnie pewny. Nie było w nim żadnego
wahania czy potknięcia. Poniósł się przez dziedziniec, wytrzymany o
ułamek sekundy dłużej, niż to czynili inni trębacze. Trwał tak długo
jak czas dzielący jeden znojny dzien od drugiego. Druga nuta była
krótka, niemal za krótka, urwana. Zamilkła nagle, przeleciała za
prędko, jak minuty spędzone z kurwą. Była krótka jak
dziesięciominutowa przerwa w ćwiczeniach. I wreszcie ostatnia nuta
pierwszej frazy wytrysnęła triumfalnie z nieco łamanego rytmu -
triumfalnie, wysoko, na niedośiężny poziom dumy, ponad upokorzenia i
poniżenie.

W taki sam sposób odegrał całość: w przerywanym, a potem
przyspieszonym rytmie, którego nie mógłby wyznaczyć żaden metronom.
Ten capstrzyk nie miał spokojnego, unormowanego tempa. Tony wzbijały
się wysoko w powietrze i zawisały nad czworobokiem dziedzińca.
Wibrowały tam pieszczotliwie, pełne nieskończonego smutku,
bezmiernej cierpliwości, nieokreślonej dumy. Unosiły się niby
aureole ad głowami śpiących w wygaszonych koszarach, przemieniając
wszelką trywialność w piękno, które jest pięknem współczucia i
zrozumienia. Oto jesteśmy - mówiły. - wy nas stworzyliście, więc
przyjrzyjcie nam się teraz, nie zamykajcie oczu i nie wzdrygajcie
się na widok piękna i smutku otaczających was rzeczy.

=========================
9. Miasto, w którym toczy się akcja; kompozytor i tytuł granego utworu.

Na podium wkroczył Anton Seidl, niegdyś prywatny sekretarz Richarda
Wagnera, a obecnie najlepszy dyrygent w (...). Miał szlachetny
rzymski profil, długie włosy i pince-nez, które jakims cudem zawsze
trzymało mu się na nosie do końca przedstawienia, mimo że dyrygował
z niezwykłą energią. Seidl natychmiast zapanował nad orkiestrą, a
gdy obrócił surowe spojrzenie na publiczność, większość rozgadanej
elity towarzyskiej równiez ucichła. Kiedy zgasły światła i
zabrzmiały pierwsze takty potężnej uwertury (...), gwar w lożach
znów zaczął rosnąć i wkrótce osiągnął jeszcze bardzie irytujące
natężenie. Kreizler zachował jednak spokój.

Przez dwa i pół aktu Laszlo cierpliwie znosił prostactwo
publiczności, lekceważącej muzyczny cud, który dokonywał się na
scenie. Śpiew i gra Maurela były równie znakomite jak zawsze, a
pozostali wykonawcy - zwłaszcza Eduard de Reszke w roli Leporella -
niewiele mu ustępowali. Ale nagradzały ich jedynie rzadkie brawa i
coraz bardziej rozpraszający hałas na widowni. Frances Saville była
uroczą Zerliną, lecz e talent wokalny nie przeszkadzał podchmielonym
Rutherfordom w wydawaniu takich okrzyków i gwizdów, akby mieli do
czynienia z pierwszą lepszą tacerką z music-hallu. W antraktach tłum
zachowywał się tak ak przed spektaklem - niczym wielkie stado
dzikich zwierząt - i kiedy Vittorio Arimondi,(...), zaczął walić do
drzwi (...), miałem już kompletnie dość panującej na sali atmosfery
i kompletnie przestałem rozumieć, dlaczego Kreizler nalegał, abym
przyszedł.

=========================
10. Tytuł, autor.

Głos Huberta Anvila wzbijał się ponad dźwięk chóru i wielkiej
orkiestry, sięgając wierzchołka najwynioślejszej kopuły Starego
Świata i zachodnich odrzwi nadłuższe nawy w krajach
chrześcijańskich. Działo sięto bowiem w bazylice katedralnej pod
wezwaniem św. Jerzego w Coverley, głównej świątyni całej Anglii i
zamorskiego angielskiego imperium. Od trzech stueci, od dnia
konsekracji bazyiki, nie zebrał się w niej jeszcze tłum równie
wielki jak w to słoneczne maowe popołudnie, ani też równie dostojne
zgromadzenie dygnitarzy: sam młody król Wilhelm IV; królowie
Portugalii, Neapolu, Szwecji, Litwy i tuzina innych krain; carewicz
moskiewski oraz defin; brat cesarza Alemanii; wicekrólowie Indii,
Nowej Hiszpanii, i Brazylii; Wysoki Poseł Chrześcijański
sułtana-kalifa Turcji; wikariusz generalny cesarza-patriarchy
Kandii; arcybiskup Caterbury, prymas Zjednoczonej Anglii; co
najmniej dwunastu kardynałów oraz pomniejsze duchowieństwo z całego
świata katolickiego - ci i tysiące innych przybyli na pogrzeb Jego
Pobożnej Wysokości Stefana III, króla Anglii i jej imperium.
(...)
Natomiast do tych, którzy chlubili się choć odrobiną słuchu,
znacznie dobitniej (...) przemawiała muzyka: Drugie Requiem Mozarta
(KV 878), ukoronowanie środkowego okresu jego życia, a kto wie, czy
nie całejtwórczości chóralnej. Śpiewacy i muzycy rozpoczęli właśnie
"Agnus Dei". Równiez z tym utworem wiązała się opowieść, głosząca o
tym, że kompozytor napisał go z żalu po przedwczesnej śmierci
cenionego i wielbionego przezeń kolegi, lecz niebiańska skarga
melodii obchodziła siebez sztukowania anegdotą. Od dominantowej
tonacji d-moll przechodziła przez paralelne F-dur do części dla
solisty i orkeistry, utrzymanej w g-moll. Długie pasaże i i
postrzępiona linia melodyczna wymagały nie lada śpiewaka, lecz
Hubert Anvil swobodnie stawiał im czoło, trafiając w sam środek
każdej nuty i poruszając się po całym rozległym ambitusie bez
uszczerbku dla tonu i mocy swojego głosu. Tłum zgromadzonych słuchał
go zastygłszy i w bezruchu pozostał, gdy partia ta zakończyła się z
znów zabrzmiał chór.

=========================
11. Tytuł, autor.

Znalazłem sobie stołek przy barze i zamówiłem szklaneczkę Remy
Martin. Na scenie prezentowało siętrio Edisona Sweeta, ale z
miejsca, gdzie siedzialem, widziałem tylko plecy pianisty
zgarbionego nad klawiszami. Pozostałymi instrumentami były gitary -
elektryczna i basowa. Zespół grał bluesa, gitara to wdzierała się,
to odpływała z dźwięków melodii jak trwożliwy koliber. Fortepian
grzmiał i pulsował rytmem. Kenny Pomeroy nie przesadzał - Toots
Sweet miał naprawde niesamowitą lewą rękę. Zespół nie potrzebował
perkusisty. Toots popłynął ponad zmiennymi tonami gitary basowe,
wygrywając lament, a kiedy zaczął śpiewać, w jego głosie
pobrzmiewała nuta cierpienia:

To jest właśnie blues voodoo
Ten czarny blues voodoo
Już nie da mi spokoju ten stary Petro Loa
W noc każdą słyszę upiorne zombi jęki
Panie mój, bo śpiewam tego bluesa voodoo

Ta Zu-Zu mambo była, hungana pokochała
Lecz w drogę wejść Erzuli wcale nie zamierzała
W raba ją przemieniło tam-tamu złe zaklęcie
A Samedi dziś tańczy na grobie jej zawzięcie

O taaak,bo to jest jej blues voodoo
Ten czarnyu blues voodoo
=========================

pzdr

TRad
	

Literatura łagodzi obyczaje - rozwiązan ie
Tomasz Radko
Jul 16, 2004, 4:42:15 AM
Sorki za opóźnienie, ale byłem offline z przyczyn niezależnych ode
mnie. Konkurs byłbanalny, na 10 pytan można było odpowiedziec nie
czytaąc książki (przynamniej częściowo odpowiedzieć)
Jako że konnkurs nieoficlany, uczestników co kot napłakał,
klasyfikacji nie będzie. Zwycięzcą, z dużą przewagą, jest ...

Ale najpierw odpowiedzi

1.
"Gdyby to był konkurs filmowy, powiedziałabym, że "Wszystkie poranki
świata", a instrument to wiolonczela."

To był konkurs filmowy, w pewnym sensie. Dziewięć z jedenastu pytań
otyczyło książek zekranizowanych. To również.

Książkę "Wszystkie poranki świata" napisał Pascal Quignard. Ale pan
pan de Saint Colombe i jego uczeń, Martin Marais, grali na
instrumencie o nazwie viola da gamba.

Jeden z profanów napisał:
Drumla. Tylko drumla zrównoważy tragicznie beznadziejny
patos tego dialogu. Ewentualnie trombita - jeden z
rozmówców gra na trąbie, a drugi go bije.

Uch....

2.
Ziemia Obiecana, Reymont. I pytanko: czy scena z kwartetem weszła do
filmu, czy tylko do serialu, czy w ogole Wajda ją pominął?

3.
To Arkansas, te piosnki i ten styl...

Yup. Mark Twain, Przygody Hucka Finna. Mississipi.

Ale odpowiedź "Życie na Missisipi" też byłaby poprawna, Twain
zamieścił tam spory cytat z Hucka Fina, i właśnie z ŻnM cytowałem.

4.
Pan Wołodyowski, Krystyna Drohojowska, potem Ketlingowa, Krzysią
zwana. Obok Ziemi Obiecane najłatwiejsze pytanie, ale konkurs bez
Sienkiewicza byłby nieważny.

5.
Klasyki nie czytamy, co?

Szekspir, chyba "Jak wam się podoba", nie pamiętam, jak się nazywał
ten, kto śpiewa, więc powiem, że Jakub (był tam chyba ktoś taki...
albo w ogóle gdzieś u Szekspira). I czyżby przygrywał sobie na gitarze?

Prawie dobrze.
Szekspir: Wieczór Trzech Króli, błazen, lutnia

Znowu pytanie filmowe. Do pewnego stopnia. "Fanny i Aleksander"
Bergmana widzieli oczywiście wszyscy. Scena z Gunnarem Bjornstradem
graącym aktora graącego błazna w WTK miała weśc do filmu - ale nie
weszła. Bornstrad, aktor wspólpracujący z Bergmanem od pierwszego
ego filmu (czyli od 1945 roku) cierpiał na chorobę Alzheimera i nie
był w stanie zagrać tej sceny. Heroiczna walka aktora z ... losem
chyba? została pokazana w filmie "Fanny i Aleksander - dokument".
Wstrząsająca scena. Wielka scena.

6.
edyne pytanie, w którym nikt nawet się nie zbliżył do odpowiedzi.
Znowu związane z filmem. Czterech panów wybrało się na spływ dziką
rzeką w Appalachach. Jeszcze dzikszymi okazali się byćmieszkańcy
okolic przez które płynęła rzeka. Scena pojedynku gitarzysty i
banjoisty to edna z nalepszych scen muzycznych w historii kina. I
kawał świente muzyki, poszukajcie w P2P "duelling banjos" albo
"Banjo pickin'". Albo zajrzycie tutaj:
http://www.geocities.com/Athens/Forum/4488/dweb.html

"Wyzwolenie" (Deliverance), napisał James Dickey, film nakręcił John
Boorman.

7.
To jest właśnie mój dylemat. Książki nie czytałem, ale po
okolicznościach, a zwłaszcza po gitarze X-a (czarny Strat) wydaje mi
się, że rozpoznaję Jimiego Hendrixa. Klubu oczywiście nie pamiętam.
Trafiłem?

Yup. Jimi Hendrix, ostatni występ, klub Ronniego Scotta. Po wystepie
Hendrix przedawkował środki usypiające - i udławił się wesnie
własnymi wymiotami. A książka... "Mgnienia", autorem jest Lewis
Shiner. Bardzo ciekawy pomysł = bohater potrafi tworzyć (dosłownie,
bezpośredni zapis myśli na taśmę) muzykę, która nie powstała, ale
_mogła_ powstać. Zaczyna od beatlesowskie płyty Let It Be, ale w
wersji zanim za aranżacę zabrał się Phil Spector. Potem "Celebration
of the Lizard" Doorsów, potem "Smile" Beach Boys, potem "The Land of
the Rising Sun" Jimiego. Ksiązka dla wąskiego grona maniaków rocka
lat 60-tych, innych znudzi.

Ciekawostka - zdespectorowana wersa Let It Be została rok temu
wypuszczona na rynek. Nazywa się to "Let It Be Naked" - i jest
bardzo odświeżające. Jednak nawet przed "Abbey Road" Beatles
potrafili grac dobrą muzykę. Polecam.

8.
J. Jones, "Stąd do wieczności". Robert E. Lee Prewitt.

Klasyka.

9.
Alienista, Caleb Carr. Brak ekranizacji, ale że W.A.Mozart i Don
Giovanni można było odgadnąć po imionach bohaterów scenicznych. A
miasto? Nowy Jork, rzecz jasna.

A Alienistę i sequel, czyli Anioła Ciemności, polecam.

10.
Alteracja, Kingsley Amis. O dziwo, sporo dobrych odpowiedzi. Drugie
pytanie (obok Twaina), które wymagało znajomości książki.

11.
"Harry Angel" Williama Hjorsberga. Skoro voodoo i skoro Toots
Sweet... Jeden z moich ulubionych filmów, piękny przykład
przekroczenia granic konwencji aby powiedzieć coś ciekawego o
naturze ludzkiej. Ciekawostka, filmy takie kręcą w Hollywood głównie
emigranci z United Kingdom - Harry Angela zrobił alan Parker, dwa
inne przykłady takiego kina to Alien i Blade Runner - Ridleya
Scotta, gdy jeszcze nie stoczył się do poziomu Gladiatorów i Black
Hawków.

Gratulacje dla Patrycji. Jako nagroda musi tym razem wystarczyć
zaproszenie na kawę w okolicach Rynku w Krakowie ;)

Specjalne gratulacje dla woya, który rozpoznał lwa po sladach (tzn.
Jimiego po stratocasterze.

pzdr

TRad