[Konkurs] Poezja błękitnego dymu
Azja
Dec 21, 2008, 8:41:16 AM
Krótko po ostatnim konkursie pojawił się wątek o "Sprężynie" i
zdryfował na rozważania o paleniu i papierosach. Temat może śmierdzący i
niepoprawny politycznie, ale mottem niech będzie treść pierwszej zagadki.
Pytań dodatkowych nie ma. Podanie prawidłowego autora jeden punkt i
podanie tytułu jeden punkt, czyli maksymalnie 52 punkty.

Odpowiedzi proszę nadsyłać do północy 3 stycznia 2009 na adres:
michal.kulach (at) wp.pl

No to lecimy. Spiralką. Błękitną oczywiście :)


1.

Niedawno pojawiła się książka Richarda Kleina Cigaretes are sublime
(Duke University Press), w której autor, profesor romanistyki oraz
krytyk z zapędami burzycielskimi, dokonuje zabawnej i dwuznacznej
operacji. Przyznaje, że rzucił palenie i że pisze tę książkę właśnie po
to, żeby zrozumieć dlaczego to zrobił: na każdym kroku przestrzega, że
jego zamiarem nie jest zachęcanie do palenia, ale poszukiwanie
psychologicznego, społecznego i artystycznego znaczenia papierosa;
następnie poświęca dwieście bitych stron na pochwały tego fascynującego
produktu. Śledzi jego dzieje przez literaturę, od Sveva (oczywiście) do
Cocteau, od Bizeta do Sartre'a, do Mallarmego do Remarque'a i dalej, aż
do - naturalnie - Casablanki, gdzie poza Ingrid Bergman palą wszyscy bez
wyjątku.
Reasumując: palenie nie może być represjonowane z powodu jego
szkodliwości, wziąwszy do uwagę, że ludzie palą właśnie dlatego, iż jest
to niebezpieczne. Wciąganie dymu w głąb płuc jest wręcz bolesne (dym
jest nieprzyjemny), a pali się właśnie po to, żeby przejść także przez
tę próbę. Poza właściwościami czy to pobudzającymi, czy uspokajającymi
nikotyny (piękna analiza poświęcona jest ostatniemu papierosowi przed
rozstrzelaniem), papieros jest wzniosły - w kantowski sensie tego słowa
- straszny, groźny, jako źródło bólu, i przyjemności jednocześnie,
niczym przeżywanie burzy.

2.

Zapałka zgrzytnęła hałaśliwie po zardzewiałej blaszanej ścianie
baraku, zasyczała, a potem bryznęła iskrzącym płomieniem. Zarówno ostry
dźwięk, jak i nagła jasność były jednakowo niesamowite w nocnej ciszy.
Oczy Iksa mechanicznie towarzyszyły osłoniętemu dłońmi migotliwemu
płomykowi w jego drodze do papierosa wystającego spod przystrzyżonych
wąsów pułkownika, dostrzegły, jak płomień zatrzymał się o parę cali od
twarzy, zauważyły również jej nagłą nieruchomość i pustkę w oczach
człowieka zatopionego w nasłuchiwaniu. Potem zapałka zgasła i upadła na
piasek lotniska.
- Słyszę ich - powiedział cicho pułkownik. - Nadlatują. Za pięć minut tu
będą. Nie ma dziś wiatru, przylecą na Numer Drugi. Chodźmy, spotkamy się
z nimi w sztabie.

3.

Rozkwitłe w nim z nagła nadzieje nadzwyczajnie podniosły go na duchu.
Śmiałym krokiem wszedł do pokoju personalnej, śmiałym gestem ujął
znienawidzony dokument i w przypływie straceńczej odwagi napisał: "Bez
powodu". Następnie oszołomiony własnym zuchwalstwem, udał się do swego
pokoju, usiadł przy stole, zapalił papierosa, nie widzącym spojrzeniem
obrzucił współpracowników i oddał się rozmyślaniom.

4.

Stolik obok niej zajmowała jakaś para, nachylona ku sobie i
rozprawiająca z ożywieniem. Mężczyzna miał angielski garnitur z
przedniego tweedu, ale nie był Anglikiem. Choć Iks mógł widzieć go
jedynie od tylu, kształt jego głowy i zarys ramion zdradzały
cudzoziemskie pochodzenie. Postawny mężczyzna, dobrze zbudowany.
Niespodziewanie odwrócił się i Iks zobaczył jego profil. Bardzo
przystojny mężczyzna po trzydziestce, z obfitym, jasnym wąsem.
Siedząca naprzeciwko dama była bardzo młoda — miała może z
dwudziestkę. Świetnie dopasowany czarny żakiet i spódnicę, białą
satynową bluzkę, mały czarny, elegancki toczek, zgodnie z obowiązującą
modą zawadiacko przekrzywiony na bakier. Cudzoziemka miała śliczną
twarz, białą cerę, ogromne piwne oczy, kruczoczarne włosy. Paliła
osadzonego w długiej cygarniczce papierosa. Wypielęgnowane dłonie z
polakierowanymi na intensywnie czerwony kolor paznokciami. Pojedynczy
szmaragd, osadzony w platynie.
W jej spojrzeniu i w głosie wyczuwało się kokieterię.
— Elle est jolie–et chic — mruknął Iks. — Mąż i żona, co?

5.

Przyjrzałem się matce E. dokładniej. Wcale mi nie wyglądała na idiotkę.
Na oko sądząc, powinna by zdawać sobie sprawę, jaki z jej synalka numer.
Ale nigdy nic nie wiadomo. To znaczy: nic nie wiadomo, kiedy ma się do
czynienia z matkami. Wszystkie matki mają lekkiego bzika. Poza tym matka
E. wydawała mi się naprawdę bardzo miła. Zupełnie do rzeczy.
- Może pani zapali? - spytałem. Rozejrzała się wkoło.
- To, zdaje się, wagon dla niepalących, panie Iksie - odparła.
Panie Iksie! Skonać można.
- Nie szkodzi - powiedziałem. - Możemy palić, póki ktoś nie zacznie
krzyczeć.
Wzięła ode mnie papierosa, podałem jej ogień. Ładnie wyglądała z
papierosem. Zaciągała sie, owszem, ale nie pochłaniała łapczywie dymu
jak większość kobiet w jej wieku. Miała masę wdzięku. Jeżeli mam być
zupełnie szczery, miała też masę tego, co nazywa się sex appeal.
Przypatrywała mi się jakoś dziwnie.
- Może się mylę, ale coś mi się zdaje, że krew ci idzie, kochanie, z
nosa - powiedziała niespodzianie.
Skinąłem głową i wyciągnąłem chustkę z kieszeni.
- Dostałem kulą śniegową - wyjaśniłem. - Trafiła się twarda, zlodowaciała.

6.

- Pani dom jest jak muzeum.
(Myszkował po pokojach, do których włamała się policja).
- W muzeum przedmioty mają etykiety. W moim muzeum etykiety odpadły. To
jest muzeum pogrążone w upadku. Samo mogłoby być eksponatem w jakimś muzeum.
- Powinna pani sprzedać te stare przedmioty, jeżeli ich pani nie potrzebuje.
- Sprzedawaj je jeśli chcesz. Sprzedaj także mnie.
- Co sprzedać?
- Kości. Włosy. Sprzedaj także moje zęby. O ile nie uważasz, że jestem
nic nie warta. Szkoda, że nie mamy takiego wózka, jakim dzieci obwoziły
Guya Fawkesa. Mógłbyś pchać wózek ze mną po Avenue, z kartką przypiętą z
przodu do ubrania. Na koniec mógłbyś mnie podpalić. Albo wywieźć w
jakieś odludne miejsce, na przykład na wysypisko śmieci, i tam się mnie
pozbyć.
Kiedy chciał zapalić papierosa, miał zwyczaj wychodzić na balkon
Teraz pali na podeście i dym wciska się z powrotem do mojego pokoju. Nie
znoszę tego. Ale pora przyzwyczaić się do znoszenia wszystkiego.
Wpadł na pomysł, żeby prać moją bieliznę, w miednicy. Schylanie się
stało się dla mnie bardzo bolesne, musiałam wyglądać strasznie. - Ja
będę prał - zaproponował. Odmówiłam. Cóż, z kolei nie mogłam dosięgnąć
do sznurka; musiał rozwieszać za mnie bieliznę starej kobiety,
zszarzałą, beznadziejną.

7.

Zimny podmuch zza okna rozwiewał jej krótkie włosy. Nadal była bosa:
białe tenisówki spoczywały w przedziale pod pustym teraz siedzeniem.
Odruchowo zerknął na tytuł pozostawionej tam książki: Przygody Sherlocka
Holmesa, tania edycja broszurowa. Meksykańskie wydawnictwo Porrúa.
- Przeziębi się pani - rzekł.
Dziewczyna, wciąż uśmiechnięta, zaprzeczyła ruchem głowy, ale zamknęła
korbką okno. Iks, gotów wracać do swojego wagonu, zwlekał jeszcze i
sięgnął po papierosa. Robił to tak jak zawsze, wyjmując go wprost z
kieszeni, i wtedy ujrzał, że dziewczyna śledzi jego ruchy.
- Pani pali? - zapytał niepewnie.
- Czasami.
Włożył papierosa do ust i wyciągnął drugiego. Czarny tytoń, bez
filtra, zmięty jak wszystkie w tych paczkach. Dziewczyna wzięła go w dwa
palce, spojrzała na markę, po czym pochyliła się ku Iksowi, który
ostatnią zapałką z paczki przypalił najpierw swojego papierosa, a potem jej.
- Mocne - stwierdziła wypuszczając pierwszy kłąb dymu, ale wbrew
oczekiwaniom Iksa nie zakrztusiła się. Trzymała papierosa nietypowo,
miedzy kciukiem a palcem wskazującym. - Pan jedzie w tym wagonie?

8.

Na nocnej szafce Iksa stała martwa natura: dwie pigułki, popielniczka
z trzema umazanymi pomadką niedopałkami, z których jeden jeszcze dymił,
i szklanka wody sodowej. Woda w szklance była bez gazu. Zdarza się.
Powietrze usiłowało się z niej wydostać. Bąbelki przywarły do ścianek
nie mając siły wspiąć się ku górze.
Papierosy należały do matki Iksa, która bez przerwy paliła. Wyszła
poszukać damskiej toalety mieszczącej się w pobliżu oddziału dla byłych
członkiń kobiecych wojskowych służb pomocniczych, które dostały kręćka.
Powinna lada chwila wrócić.
Iks z powrotem naciągnął kołdrę na głowę. Zawsze chował głowę, kiedy
przychodziła matka. Podczas jej odwiedzin jego stan zawsze się
pogarszał. Nie dlatego, żeby cuchnęło jej z ust, żeby miała odrażający
wygląd czy nieznośny charakter. Nie, była zupełnie miłą, stereotypową,
rudowłosą kobietą rasy białej ze średnim wykształceniem.
Jej obecność źle wpływała na Iksa wyłącznie dlatego, że była jego
matką. Było mu wstyd, czuł się słaby i niewdzięczny, ponieważ matka
zadała sobie tyle trudu, żeby mu dać życie i utrzymać go przy życiu, a
jemu wcale się to życie nie podobało.

9.

- Niech pan wraca do domu i kładzie się spać- powiedziałem do Iksa. -
Dziękuję za uwolnienie z więzów.
Nie kwapił się z odejściem. Wyciągnął paczkę sportów i poczęstował mnie
papierosem. Gdy zapaliliśmy, obsadził papierowa w swej rzeźbionej
cygarniczce.
- Dlaczego rzeźbi pan takie dziwne kształty? - zapytałęm.
Wzruszył ramionami, jakby sam nie bardzo wiedział, czym ten fakt
wytłumaczyć.
- Pan C. mówił, że to dobry znak - powiedział po namyśle. - Widziałem
ten znak na obrazie w gabinecie pana C. Jest także wyrzeźbiony na
kolumienkach w sali balowej. Pan C. też palił papierosy i jak dowiedział
się, że umiem rzeźbić cygarniczki, to właśnie kazał sobie zrobić taką, z
tym znakiem.
- Rozumiem - kiwnąłem głową. Zaczęła mi świtać dziwna, szokująca myśl. -
A teraz niech pan idzie spać. Ja zamknę rupieciarnię od wewnętrznej
strony i wrócę do dworu tajnym wejściem.

10.

Rozległo się długie, przerażające wycie. V. zdumiał się, słysząc, że nie
on je wydaje.
M. wybiegł pędem zza rogu. W obu rękach trzymał po ciężkim toporze.
Jego wielkie sandały coraz głośniej stukały o kamienie bruku, kiedy
nadbiegał cały czas przyspieszając. I bez przerwy rozlegał się jego
krzyk "diidadiidadiida", jakby coś wpadło w pułapke na dnie dwutonowego
kanionu z echem.
Dwaj gwardziści znieruchomieli ze zdumienia.
- Na waszym miejscu bym się schylił - poradził V. z poziomu tuż ponad
gruntem.
Oba topory wyfrunęły z rąk M. i pomknęły wirując z dźwiękiem, jaki
mogłaby wydawać para kuropatw.Jeden trafił w bramę pałacu i zagłębił się
w drewnie do połowy ostrza. Drugi uderzył w rękojeść pierwszego i
rozszczepił ją na połowy. Potem nadbiegł M.
V. odszedł kawałek i usiadł na ławeczce. Skręcił sobie papierosa.
- Myślę, że już wystarczy, funkcjonariuszu - powiedział w końcu. - Nie
sądzę, żeby nadal chcieli stawiać opór.
- Tak jest, sir. O co są oskarżeni, sir? - zapytał M., podnosząc po
jednym bezwładnym ciele w każdej ręce.

11.

- Ma pan, jak widzę, ochotę zapalić? - nieznajomy zwrócił się
niespodziewanie do Iksa. - Jakie pan pali?
- A co, ma pan do wyboru? - ponuro zapytał poeta, któremu skończyły się
papierosy.
- Jakie pan pali? - powtórzył nieznajomy.
- "Naszą Markę" - z nienawiścią odpowiedział Iks.
Nieznajomy niezwłocznie wyciągnął z kieszeni papierośnicę i podał ją Iksowi:
- "Nasza Marka".
I redaktorem, i poetą wstrząsnął nie tyle fakt, że w papierośnicy
znalazła się właśnie "Nasza Marka", ile sama papierośnica. Była
olbrzymia, z dukatowego złota, a kiedy się otworzyła, na jej wieczku
zaiskrzył błękitnymi i białymi ogniami trójkąt z brylantów.

12.

Iks zapalił papierosa po raz pierwszy od wyjścia ze szpitala.
Aromatyczny dym halpausa snuł się po płucach i napełniał głowę lekkim,
przyjemnym zamętem. Spojrzał na znudzone miny współpracowników, po czym
- czując pieczenie w gardle i kłucie w kręgosłupie - usiadł na swoim
miejscu.
- To wszystko, drodzy panowie - M. przerwał milczenie. - Możemy iść do
domu. Ach, przepraszam, doktorze H... Pan, widzę, ma coś do dodania.
- Tak - H. wyciągnął z żółtej aktówki ze świńskiej skóry równy stosik
spiętych spinaczem kartek. Mówił bardzo powoli i delektował się
zbliżającą eksplozją wiedzy, pytań i zachwytów. - Po jednym dniu
kierowana przez mnie komisja miejska doszła do ciekawych wniosków. Jak
panom wiadomo, ostatniego mordu dokonano 9 grudnia. Poleciłem zatem moim
ludziom szukać zbrodni pomiędzy 9 grudnia a końcem roku - H., jak każdy
uczony gabinetowy odczuwał dotkliwy brak słuchaczy.

13.

Mimo stosunkowo niewielkiego obszaru, jaki zajmowała Cmentarna i jej
sąsiedztwo, wyniki prokreacyjne jej mieszkańców były na tyle wysokie, że
niwelowały zupełnie różnicę między chacharami ze Sztajnki a resztą
uczniów, zdążających na lekcje z innych osiedli, rozsianych po
odleglejszych częściach miasta, resztą uczniów z tak zwanych lepszych
rodzin, z tak zwanych rodzin normalnych; ach można by rzec, że owa
reszta, która uczęszczała do t e j szkoły z osiedli cieszących się
opinią zwykłych, normalnych, a nawet nieposzlakowanych, stanowiła w
t e j szkole mniejszość, można by rzec, że t a szkoła zdominowana była
przez chacharów z Cmentarnej i okolic, którzy cierpieli na permanentny
nadmiar śliny. Asfaltowe podwórko, oblegane przez tłumy dzieciaków
podczas długiej przerwy, zdobione było wianuszkami plwocin, znaczącymi
miejsca, w których odbywały się grupowe dyskusje. Kiedy w kilkuosobowych
grupach odbywały się owe niespełna dwudziestominutowe pogadanki między
dzwonkami, mówiący przerywał co jakiś czas wywód splunięciem,
przysłuchujący się potakiwali, cedząc gluty przez zęby, im bardziej
popluwali, tym zdecydowaniej zgadzali się z mówiącym, a zwieńczeniem
podobnych obrad było wspólne spluwanie na asfalt wszystkich. Po lekcjach
na swoich podwórkach mieli jeszcze papierosy. I właściwie więcej w ich
życiu już się nie zmieniało, widywałem ich potem przez lata, już
dorosłych, do dziś ich widzę, jak zbierają się pod domami, stają w
kółeczku i gadają o silnikach, filmach karate i genitaliach swoich
kobiet, które stoją przy nich i śmieją się; gadają, palą papierosy i
plują na asfalt, zostają po nich wianuszki śliny, jak przed
ćwierćwieczem na szkolnym podwórku.

14.

Piotr pochodził z szacownej angielskiej rodziny, która najmniej od
trzech pokoleń rządziła krajem wielkości całego kontynentu (dziwne, skąd
się biorą we mnie te uczucia - we mnie, który nienawidzę Indii,
imperium, armii), przeto bywały chwile, kiedy cywilizacja, nawet tego
rodzaju cywilizacja, wydawała mu się cenna, jak gdyby była jego osobistą
własnością; zdarzały się chwile kiedy dumny był z Anglii, z lokajów,
psów chow - chow, z dziewcząt bezpiecznych w swym bogactwie. Trochę to
śmieszne, pomyślał, ale tak jest. I lekarze, biznesmeni, dzielne kobiety
- wszyscy oddani swej pracy, wszyscy punktualni, energiczni, silni,
wydawali mu się naprawdę godni podziwu; zacni ludzie, którym śmiało
można powierzyć życie, towarzysze w trudnej sztuce życia, którzy zawsze
podadzą rękę. Biorąc jedno z drugim, cały ten interes nie jest taki zły;
a on usiądzie gdzieś w cieniu i zapali papierosa.

15.

Wystarczyły dwa lekkie poruszenia drucika w zamku szkatułki i wieczko
odskoczyło. W dwóch przegródkach leżały papierosy w białych i czarnych
bibułkach. Obydwaj sięgnęli po białe.
- Niech pan będzie spokojny. Zamknę to pudełeczko tak samo, jak je
otworzyłem - zapewnił Iks, przyjmując ogień od tajniaka, który
powiedział z odrobiną smutku:
- Będę musiał zameldować, że pan ma takie instrumenty w pasku od spodni
i umie się nimi posługiwać.
Iks pokiwał głową, zaciągnął się mocno, postawił łokieć na barze i
popatrzył na swoją dłoń. Nie drżała. Wystarczyło jedno zaciągnięcie się
papierosem, może ta chwila manipulacji przy zamku szkatułki, a nerwy się
w nim uspokoiły.
- Nie radzę panu, kolego - rzekł. - Lepiej nie meldować, że mnie pan
spotkał i wziął na świadka do inwentaryzacji pościeli w tym domu.
- Dlaczego?
- Przeniosą pana do jakiegoś Leska na posterunkowego. W pana zawodzie
czasem lepiej czegoś nie widzieć, nie zauważyć, lecz tylko zapamiętać.
Pan już zapomniał, co mówiłem? Las to wielkie szambo. Tutaj ściekają
wszystkie brudy świata.

16.

- Oto jak powinno smakować wino! - huknął pod adresem nieobecnych już
gości. - Słodkie jak cukier, smaczne i jeszcze trochę siarką walące po
nosie.
Wziął paczkę papierosów przywiezionych przez synową, rozdarł na pół i
wsadził do gęby od razu dziesięć. Podpalił je benzynową zapalniczką i
zaciągnął się potężnie.
- Słabe gówno - mruknął. - Ale miała kobita dobre zamiary.
Wino odrobinę go rozgrzało. Spod łóżka wydobył odrapaną walizkę.
- Wakacje - mruknął. - Trzeba będzie pojechać. Kurde, coś mi się należy
po osiemdziesięciu latach od zakończenia nauki. Luksusowy hotel w
górach... Żarcie, alkohole, pełna obsługa, wanna z Sowietskoje
Igristoje. Będę żarł sardynki z miodem, pieczone ananasy, melona z
kawiorem, sardynki z miodem, wysuszę parę flaszek koniaku, zaproszę
panienki i w ogóle zafunduję sobie nieziemską balangę! A czy to ja
gorszy niż uczniowie? Podpaliłem szkołę? Podpaliłem. To i na wakacje
zapracowałem.

17.

Iks nie mógł się powstrzymać od spojrzenia ukradkiem na mongolską twarz
Martina. Nie dostrzegł żadnych blizn. J. zbladła trochę i piegi
wystąpiły jej wyraźniej na policzkach, lecz odważnie patrzyła na Igreka.
Mruknęła coś cicho, wyrażając zgodę.
- W porządku. Więc to załatwione - oświadczył Igrek.
Na stole stało srebrne pudełko z papierosami. Igrek z zamyśleniu
przesunął je w ich stronę, sam też się poczęstował, po czym wstał i
zaczął spacerować po pokoju, jakby w ten sposób mógł się lepiej skupić.
Papierosy były doskonałe, grube, mocno nabite, z niespotykanie
jedwabistą bibułką. Igrek znów zerknął na zegarek.
- Wracaj lepiej do służbówki, Martin - rzekł. - Za kwadrans włączę
teleekran. Tylko najpierw przyjrzyj się dobrze tym towarzyszom, żebyś
zapamiętał ich twarze. Pewnie się z nimi jeszcze zobaczysz. Ja może już nie.

18.

Teraz go mają. Bosy. Najwyżej osiemnaście lat Koszula i spodnie
przyklejone do ciała. Ścieka z niego woda. Opiera się o kiosk, trzyma
się jednak na nogach.
Skinąłem mu głową zachęcająco. Bez słowa. Nie chcę go teraz pytać, jak
mu się udało wydostać z zatopionego okrętu.
To musi być motorzysta. Diesel albo silnik elektryczny. Prawdopodobnie
jedyny, który wydostał się z przedziału rufowego. Ale dlaczego tak
późno? Co tam było? Kto wie, co mógłby odpowiedzieć.
Teraz mówię: - Człowieku, miałeś szczęście, co?
Chłopak wciąga powietrze, siąka nosem i kiwa głową. Bosman zjawia się z
kocami. Nigdy nie myślałem, że nasz beo może być taki wrażliwy. Otula
chłopaka z naprawdę matczyną troskliwością. Jezu, nie powinien był tego
robić. Teraz dopiero chłopak załamuje się, zaczyna szlochać i szczękać
zębami.
- Dajcie no papierosa! - nakazuje bosman jednemu z naszych marynarzy. -
Dalej, zapal go! No, dawaj.
Bosman ostrożnie sadza chłopaka na kratownicy, opiera go plecami o kiosk
i wtyka mu papierosa w usta: - Masz szluga. Pociągnij sobie!

19.

Kilka dni później powtórzyła się ta sama rozmowa. Jean-Yves zaparkował
samochód przed budynkiem na avenue de Choisy, zapalił papierosa, milczał
przez kilka minut, po czym odwrócił się do Valerie:
- Bardzo się martwię stanem Marylise... Lekarze powiedzieli, że może
wrócić do pracy, i w pewnym sensie mają rację, zachowuje się normalnie,
nie ma napadów histerii. Ale nie podejmuje żadnej inicjatywy, jest jak
sparaliżowana. Za każdym razem kiedy trzeba coś zdecydować, przychodzi
do mnie po radę; a jak mnie nie ma może czekać godzinami i nie ruszy
palcem. W przypadku kierownika działu reklamy to niedopuszczalne; nie
możemy tak dalej funkcjonować.
- Chyba jej nie zwolnisz?
Jean-Yves zgniótł niedopałek papierosa, długo wpatrywał się przez szyby
samochodu w bulwar; dłonie silnie zaciskał na kierownicy. Wyglądał ,
jakby był coraz bardziej napięty, zagubiony; Valerie zauważyła, że ma
nawet poplamiony garnitur.
- Nie wiem - wyszeptał w końcu z wysiłkiem. - Nigdy nie musiałem robić
takich rzeczy. Zwolnić ją, nie, to byłoby chamstwo; ale trzeba jej
znaleźć jakąś inną pracę, gdzie nie będzie musiała podejmować tylu
decyzji, widywać się z taką liczbą ludzi. W dodatku od czasu tej
historii miewa niekiedy rasistowskie odruchy To normalne, można ją
zrozumieć, ale gdy się pracuje w turystyce, to jest niedopuszczalne.

20.

Doktor K. zawołał stewardów. Podniósł fez, otrzepał, pochylił się nad
Turkiem. Obmacał mu czaszkę; obmacawszy, wzruszył ramionami. Stewardzi
podźwignęli kupca we wprawnym uchwycie, jeden z prawej, jeden z lewej,
trzeci idzie przodem, otwiera drzwi, pasażerów przeprasza. Doktor
nasadził fez na kołyszącą się bezwładnie głowę Turka i zamknął za nim drzwi.
- Miewa napady alkoholowe, gdy Ałłach nie patrzy - mruknął pan P. - ale,
prawda, u nas się mu podobne ekscesy nie zdarzały. Często tak...?
- Wydawał mi się człowiekiem twardo stąpającym po ziemi - rzekło się,
cisnąwszy niedopałek z wiatrem.
P. po raz kolejny wyjął swoją papierośnicę. Teraz poczęstował się także
doktor K.
- A to? - P. powiódł palcem wkoło głowy. - Skąd?
Się uśmiechnęło się skromnie.
- Jam to, nie chwaląc się, sprawił.
Doktor czknął, ubawiony. Wydmuchując dym, mrużył oczy w blasku
wieczornego Słońca. Zmarszczki wokół powiek też układały mu się w
lustrzanym porządku.

21.

Iksa usiadła wygodnie w fotelu i zapaliła następnego papierosa, zdając
sobie z roztargnieniem sprawę z pieczenia czubka języka, podrażnionego
nadmiarem tytoniu. Bolała ją głowa i plecy, protestując przeciwko
maratonowi przed komputerem. Protestując gwałtownie. W domu panowała
śmiertelna cisza, mogąca oznaczać tylko, że niziutka i nieugięta M. L.
wybrała się do supermarketu i pralni. Iksa zdziwiła się trochę, że M.
nie podjęła ostatniej próby oderwania jej od komputera. Wreszcie
domyśliła się, że gospodyni uznała to za marnowanie czasu. Przede
wszystkim powinna to z siebie wyrzucić - musiała pomyśleć Irlandka. A
ponadto przecież tylko pracowała u Iksy. Ostatnia myśl spowodowała, że
Iksę zakłuło lekko serce.
Na piętrze zaskrzypiała deska. Papieros zatrzymał się nagle centymetr od
warg Iksy. Wrócił! - krzyknęła Dobra Żona. - Och, Ikso, on wrócił!...

22.

Znowu wstał, z namysłem zapalił papierosa moją szwedzką zapałką.
Przyjrzał się jej rześkiemu importowanemu płomykowi, a potem go
zdmuchnął. Podszedł do mnie jak zatroskany lekarz i dźgnął mnie w pierś
wskazującym palcem Kwiknąłem, podrywając się na równe nogi.
- Nie wiem, jakie ma nazwisko, ale wiem, gdzie mieszka.
Zaśmiał się normalnym śmiechem, wyzutym już kompletnie z demonizmu, i
chciał mnie poklepać, ale się opamiętał.
- A Pan myśli, że my nie wiemy? Tknąłem Pana, bo chciałem sprawdzić, czy
zastrzyk działa. NA czym to stanęliśmy. Aha, już wiem. Więc moja robota
jest odrażająca i godna potępienia. Ale można ją wykonywać i tak, i
siak. Ja ją właśnie wykonuję siak, prawda chłopcy? - I przytrzymał na
nich wzrok. Ochoczo przytaknęli. - Chodzi o to, żeby na każdym szczeblu
byli nasi ludzie, to znaczy tacy jak pan i ja. Bo my jesteśmy
opozycjonistami, choć pan jest opozycjonistą negatywnym, a ja
pozytywnym. Pan odwala ceremoniał, nadbudowę, formę estetyczną, ja
pragmatyzm, codzienność, funkcjonowanie infrastruktury. Pan reprezentuje
szlachetną bierność, ja trywialny czyn.
Pogładził mnie po włosach, a ja zajęczałem.

23.

Jechaliśmy do zmierzchu w napięciu, ze skupioną, bezradną czujnością,
mijając po drodze jeszcze dwie zwęglone ciężarówki straconych konwojów.
Diogenes poganiał kierowcę, nie pozwalał zatrzymywać się. O piątej po
południu zobaczyliśmy na szosie kilku uzbrojonych ludzi. Stali, mierząc
z automatów w naszą stronę. Diogenes odbezpieczył swojego kałasznikowa,
ci z tyłu podnieśli się z legowisk i ukryci za szoferką brali na cel
stojących na szosie ludzi. Szofer zwolnił, odległość między ciężarówką a
tymi, którzy stali w przodzie, malała. Nikt nie strzelił. Potem, kiedy
byliśmy już blisko, na tyle blisko, że można było rozpoznać sylwetki a
nawet twarze, jeden z tych na szosie podniósł do góry karabin i rozległ
się strzał. Wtedy Diogenes wyciągnął z kabury pistolet i też strzelił w
powietrze. Mercedes zatrzymał się, tamci podbiegli do ciężarówki.
- Oddział comandante Farrusco - powiedział jeden.
- Konwój comandante Diogenesa - odpowiedział Diogenes.
Byliśmy w Pereira de Eca. Zaczęli prosić o papierosy. Sięgnąłem do
kieszeni i dopiero w tym momencie, kiedy wszystko we mnie pękło,
rozłożyło się na luźne, swobodne i uspokojone cząsteczki, zauważyłem, że
spodnie i koszula są mokre od potu i ja cały mokry, i że w kieszeni, tam
gdzie trzymałem paczkę naszych radomskich ekstramocnych, mam garść
zwilgłego, cuchnącego nikotyną siana.

24.

Kapral tłumaczył się, że do wagonu nikogo nie wpuszczał, bo
oberfeldkurat sam się do nich przyłączył, a jest to przecie jego przełożony.
- Tutaj przełożonym jest wyłącznie pan, panie kapralu - z całym
naciskiem rzekł jednoroczny ochotnik, a jego słowa potwierdził Iks.
- Nawet gdyby sam najjaśniejszy pan chciał przyłączyć się do
aresztantów, to pan nie ma prawa pozwolić mu na to. Jest tu tak samo jak
na warcie. Podchodzi do wartownika oficer inspekcyjny i prosi grzecznie,
żeby mu wartownik skoczył po papierosy, a ten jeszcze pyta jaki gatunek
pan oficer każe przynieść. Za takie rzeczy siedzi się w twierdzy.
Na to kapral zauważył nieśmiało, że Iks sam powiedział oberfeldkuratowi,
iż może pojechać z nimi
- Ja, panie kapralu, mogę sobie na takie rzeczy pozwolić - odpowiedział
Iks - ponieważ jestem idiotą, ale po panu nikt by się takich rzeczy nie
spodziewał.

25.

Chłopak rozpiął marynarkę i wyjął z wewnętrznej kieszeni srebrną
papierośnicę. Otworzył ją i podsunął Iksowi.
- Zapalisz?
Iks zastanawiał się, czy nie poprosić, by rozwiązano mu ręce.
Zdecydował, że lepiej nie.
- Nie, dziękuję - powiedział.
Papieros wyglądał jak skręt, a gdy chłopak zapalił go matową, czarną
zapalniczką Zippo, w powietrzu rozeszła się woń nie przypominająca
tytoniu. Ani trawki, uznał Iks. To był zapach palącej się instalacji
elektrycznej.
Młodzian odetchnął głęboko, po czym wstrzymał oddech. Pozwolił, by dym
wysączył mu się z ust, i znów wciągnął go w nozdrza. Iks podejrzewał, że
tamten dłuższy czas ćwiczył to przed lustrem, nim zdecydował się
publicznie zademonstrować swoje umiejętności.
- Jeśli mnie okłamałeś - oznajmił z bardzo daleka chłopak - to cię,
kurwa, zabiję.
- Wspominałeś.
Chłopak zaciągnął się papierosem. Światła wewnątrz limuzyny zmieniały
barwę od pomarańczu, poprzez czerwień, z powrotem po fiolet.
- Mówisz, że mieszkasz w motelu America. -Postukał w okienko kierowcy.
Szklana przegroda opuściła się. - Hej, motel America, przy autostradzie.
Musimy podwieźć gościa.

26. "- Panie profesorze, dlaczego pan tutaj siedzi, ma pan przecież
teraz klasówkę? - Wyszedłem dla podniesienia ocen."

Iks mieszkał przy ulicy Roosevelta. Obudził się wcześnie, bo pod
pobliskim Mostem Teatralnym przejechał właśnie głośno ryczący pociąg
elektryczny. Iks wstał, odział się w szlafrok i wyjrzał przede wszystkim
przez okno, chcąc się przekonać, jaką temperaturę wskazuje termometr.
Stwierdziwszy, że słupek rtęci zjechał do minus dwóch, ziewnął, zawiązał
pasek szlafroka i zapalił papierosa. Wtedy rzuciło mu się w oczy, że
jest jakoś biało.
	

[Konkurs] Poezja błękitnego dymu
Azja
Jan 6, 2009, 8:45:03 AM
Uff. Wyszło na to, że pytania były śmierdzące, tendencyjne i niełatwe.

1. Umberto Eco, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek 1994 - 1996
2. Alistair Maclean, Działa Nawarony
3. Joanna Chmielewska, Lesio
4. Agatha Christie, Morderstwo w Orient Expressie
5. Jerome David Salinger, Buszujący w zbożu
6. John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza
7. Arturo Perez-Reverte, Klub Dumas
8. Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć
9. Zbigniew Nienacki, Niesamowity dwór
10. Terry Pratchett, Straż! Straż!
11. Michał Bułhakow, Mistrz i Małgorzata
12. Marek Krajewski, Koniec świata w Breslau
13. Wojciech Kuczok, Gnój
14. Virginia Woolf, Pani Dalloway
15. Zbigniew Nienacki, Wielki las
16. Andrzej Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza
17. George Orwell, Rok 1984
18. Lothar-Günther Buchheim, Okręt
19. Michel Houellebecq, Platforma
20. Jacek Dukaj, Lód
21. Stephen King, Gra Geralda
22. Tadeusz Konwicki, Mała Apokalipsa
23. Ryszard Kapuściński, Jeszcze dzień życia
24. Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka
25. Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie
26. Małgorzata Musierowicz, Szósta klepka


1. Umberto Eco, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek 1994 - 1996

Tylko jedna osoba strzelała, ale za to trafiła bez pudła w autora.


2. Alistair Maclean, Działa Nawarony

Podejrzewany o palenie w pobliżu rozlanego paliwa lotniczego był
przede wszystkim Frederick Forsyth. Załapali się również piloci z
Dywizjonu 303 i Borys Akunin.


3. Joanna Chmielewska, Lesio

Z tym nie było zasadniczo problemu - styl Chmielewskiej jest bardzo
charakterystyczny, a wspomnienie o personalnej dało w efekcie 71%
pełnych trafień.


4. Agatha Christie, Morderstwo w Orient Expressie

Że to Agatha Christie - to wiedzieli prawie wszyscy. Niestety, tytuł
umknął w dal po szynach. No, ale prawdę mówiąc we fragmencie nie było
żadnych podpowiedzi.


5. Jerome David Salinger, Buszujący w zbożu

Jedna odpowiedź, ale za to stuprocentowa. Z nietrafionych - "Madame"
Libery.


6. John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza.

Pierwszy z tytułów bez punktów. Spóźnionymi kochankami, niestety to
nie jest, choć padła taka sugestia.


7. Arturo Perez-Reverte, Klub Dumas

Tutaj się srodze zawiodłem, zero strzałów znikąd, zero trafień. Na
trop mógł naprowadzić zawodowy odruch Corsa, widok książki =
tytuł+wydawnictwo+oprawa. Z nietrafionych najbardziej podobała mi się
Anna Karenina, która faktycznie nie nosiła tenisówek :)


8. Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć

Irving i Świat według Garpa to zrozumiałe skojarzenie, bo styl jest
podobny. Niestety, było tylko jedno pełne trafienie...


9. Zbigniew Nienacki, Niesamowity dwór

Kolejny prawie że pewniak, 71%. Pojawiła się jedna odpowiedź
sugerująca, że dwór był nawiedzony a nie straszny lub niesamowity, ale
nie bądźmy wstrętnymi formalistami. Co wydawnictwo, to inny tytuł,
pogubić się można.


10. Terry Pratchett, Straż! Straż!

Styl i inicjały bohaterów dużo dały - Sir Terry'ego Pratchetta
rozpoznano gremialnie. Z tytułem były pewne zawahania, ale ci co
strzelali, zwykle trafiali - 3 pełne odpowiedzi, 2 razy sam autor.


11. Michał Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

Scenka była tak charakterystyczna, że z identyfikacją Wolanda,
Berlioza i Iwana Bezdomnego nie było kłopotów. Kolejne 71% pełnych
odpowiedzi.


12. Marek Krajewski, Koniec świata w Breslau

Ulicami Wrocławia przechadzał się ktoś podobny do George'a Simenona,
ale większość dostrzegła ukrytego pod kapeluszem Marka Krajewskiego.
Problem był z tytułem - to jednak nie Dżuma ani Bezsenność. Daty
morderstw mogły pomóc, no i osoba doktora Hartnera.


13. Wojciech Kuczok, Gnój

Kolejny fragment bez trafień. Niecelny strzał - Stanisław Grzesiuk i
Boso, ale w ostrogach.


14. Virginia Woolf, Pani Dalloway

Trafiony, zatopiony. Ale była tylko jedna prawidłowa odpowiedź.


15. Zbigniew Nienacki, Wielki las

Nienacki pojawił się w konkursie dwukrotnie, palacz przebrzydły. Trzy
osoby poznały się na nim i pogoniły w las.

16. Andrzej Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza

Może nie z górnej półki, ale śmieszne. Swoja drogą - ciekawe co
Pilipiukowi uczyniono w szkole, że tak odreagowuje na papierze.
Generalnie ci co strzelali, trafiali bez pudła - dwa razy autor, raz z
tytułem.

17. George Orwell, Rok 1984

Tropy - teleekran, towarzysze, Martin. Tylko dwie (ale pełne)
odpowiedzi. Nietrafione: Jewgienij Zamiatin - My. I Strugaccy.

18. Lothar-Günther Buchheim, Okręt

Soczysta proza Buchheima nie została niestety rozpoznana. Fragment
pochodzi z prawie końca książki i nie jest raczej kluczowy dla fabuły,
ale miałem nadzieję, że styl i przede wszystkim narracja w pierwszej
osobie naprowadzą torpedy na cel.

19. Michel Houellebecq, Platforma

Zero trafień, zero strzałów. Nie pomogło pozostawienie nazwisk
bohaterów - zwłaszcza Valerie.

20. Jacek Dukaj, Lód

Się podłożyło się z tym pytaniem. Ale tylko jedna(!) prawidłowa
odpowiedź, o dziwo. I żadnych trafień dookoła.

21. Stephen King, Gra Geralda

0/0. Nie godzi się w ten sposób traktować mistrza, bo będzie Was
straszył po nocach ;)

22. Tadeusz Konwicki, Mała Apokalipsa

Kolejne zero trafień.

23. Ryszard Kapuściński, Jeszcze dzień życia

Osoba Kapuścińskiego pojawiła się dwukrotnie. Jednak to nie była Wojna
futbolowa.

24. Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka

100% poprawnych odpowiedzi. Za łatwe, panie oberfeldkurat, za łatwe.

25. Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie

Dzwoniło gdzieś u Chandlera pod kapeluszem, ale nie. Amerykańscy
bogowie okazali się niezbyt łaskawi dla tego pytania. Zero trafień.

26. Małgorzata Musierowicz, Szósta klepka

Cztery razy autorka została poznana zza obłoczka puszczonego przez
profesora Dmuchawca. Ale tylko jedna błyskotliwie i trafnie
przeprowadzona dedukcja wskazała tytuł. Aż muszę zacytować:

"Małgorzata Musierowicz. Coś późniejszego, bo rozluźnienie obyczajów
wyraźne, ale nie aż znowu takie wczesne, bo potem nie palili, a teraz
tylko cierpią dydaktycznie na choroby po paleniu, hyhy, czytałeś
Sprężynę? Bardzo dobra.
A nie, to cytat skądinąd, hmm. O i śnieg pada, więc odpada lato, wiosna,
jesień i wakacje. Ida sierpniowa na przykład odpada. Dobra, palili na
początku, Kłamczucha to wrzesień, strzelmy w parkiet. Małgorzata
Musierowicz, Szósta klepka"

Bingo!


I na koniec podsumowanie zdobytych punktów.

Gosia Wolniewicz 20
Paweł Wolniewicz 16
Szymon Sokół 14

Marcin Fastyn (2008-12-22) 12
Jan Rudziński (2008-12-23) 12
Igor Wawrzyniak 10
Czajka 9


Dla Zwyciężczyni gromkie Hip! Hip! Hurrrra!

I pamiętajcie:

-----------------------------------------------------

Palenie tytoniu powoduje smród i bicie serca
Minister zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności

-----------------------------------------------------

--
Azja