Gosia Wolniewicz
Feb 2, 2009, 5:54:16 PM
Poprzedni konkurs, "Poezja błękitnego dymu", wbrew tytułowi, był jednak dosyć
mało poetycki. Niniejszy z poezją będzie mieć więcej wspólnego, przynajmniej
teoretycznie, bo wiele teorii, czasami nieco specyficznych, na temat poezji
zaprezentuje. :)
Zasady konkursu są jednak bardzo prozaiczne. 25 fragmentów czeka na
odgadnięcie skąd pochodzą i kto jest ich autorem. Łącznie zatem do zdobycia
jest 50 punktów. W przypadku gdy jakiś fragment pochodzi z opowiadania, będę
przyznawać cały punkt za tytuł tego opowiadania, a pół punktu za tytuł zbioru.
Odpowiedź lub odpowiedzi należy przysyłać na adres magnolia1973 (at) gazeta
kropka pl, powiedzmy do 13 lutego, do północy.
Zaczynamy od mojego ulubionego fragmentu "poetyckiego". :) Mam nadzieję, że
reszta będzie nie mniej interesująca.
Powodzenia!
1.
- Przyszliśmy ci pomóc - powiedział Z.
- W poezji czy w muzyce?
- No, jak sobie życzysz - chrząknął Z.
- Potrzebuję rymu do "żałosny".
- Miłosny!- krzyknął bez namysłu Z.
Ale W. Pierwszy potrząsnął głową niezadowolony.
- To jest ubogi rym częstochowski. Nie mogę go użyć. To by mnie skompromitowało.
- Kto ci powiedział, że to rym częstochowski?
- Sz.
- Zadajesz się z Sz? Więc to prawda, co mówił Kicki...
- Zbliżyła nas sztuka. Ale nie zbaczaj z tematu. Szukaj rymu.
- Do żałosny?
- Tak, do żałosny.
- Wiosny!- zawołałem.
- Może być - powiedział W. Pierwszy - ty, C., też powinieneś zostać poetą.
- Nie chciałbym ci robić konkurencji - powiedziałem.
- Ale może znajdziesz jeszcze rym do "zbrzydła". (...)
- Powidła, stawidła, mydła, kropidła, straszydła, bydła, szydła, sidła,
mazidła, prawidła, mamidła, kadzidła, liczydła... - wyrecytowałem jednym tchem.
Wszyscy, nie wyłączając Z., spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- Pasuje? - zapytałem W. pochylonego nad kartką.
- Nie... - westchnął - te słowa są obrzydliwie prozaiczne. Tu musi być coś
lekkiego, porywającego...
- Skrzydła! - rąbnąłem bez namysłu. (...)
- Czekaj no, C. - zauważył nagle S. - skąd ty właściwie znałeś tyle rymów?
Zmieszałem się.
- Bo ja też piszę wiersze - wyznałem wstydliwie, ale mężnie.
- Ty? - zdumiał się S. - Przecież ty nie otrzymałeś ciosu w szczękę?
- Masz ciężkie pojęcie o sztuce - skrzywiłem się. - Czy sądzisz, że wiersze
mogą pisać tylko eks-bokserzy?
2.
Iksjańska poezja jest oczywiście na trzecim miejscu, jeśli chodzi o najgorszą
poezję wszechświata. Na drugim miejscu znajdują się utwory Azgotków z Kria.
Podczas recytacji poematu "Oda do małej bryłki zielonego kitu, którą znalazłem
pod pachą pewnego letniego poranka" w wykonaniu autora, wielkiego mistrza
poezji Grunthosa Flatulenta, czworo słuchaczy zmarło na skutek krwotoku
wewnętrznego, a Prezydent Środkowo-Galaktycznej Rady Utrudniania Rozwoju
Sztuki uszedł z życiem tylko dzięki odgryzieniu własnej nogi. Według doniesień
naocznych świadków, Grunthos był "rozczarowany" przyjęciem utworu i miał
właśnie przystąpić do czytania swojego poematu heroicznego w dwunastu księgach
zatytułowanego "Moje ulubione bulgoty kąpielowe", gdy jego własne jelito
grube, w desperackiej próbie ratowania życia i cywilizacji, przeskoczyło mu
przez szyję i odcięło dopływ tlenu do mózgu.
Najgorsza poezja w całym wszechświecie przestała istnieć wraz ze swoim twórcą
Paulą Nancy Millstone Jennings z Greenbridge w hrabstwie Essex, Anglia, w
momencie zniszczenia planety Ziemia.
3.
- Żadnych takich bzdur więcej nie będzie! Nie dopuszczę do marnowania
wielkiego talentu! Albo zamawiasz uczciwe wiersze, albo na tym koniec!
- A cóż - to nie są uczciwe wiersze?... - zaczął Igrek.
- Nie! To jakieś łamigłówki, rebusy! Nie budowałem maszyny do idiotycznych
krzyżówek! To zwykłe wyrobnictwo, a nie Wielka Sztuka! Proszę podać temat,
może być dowolnie trudny...
Igrek myślał, myślał, wreszcie zmarszczył się i rzekł:
- Dobrze. Niech będzie o miłości i śmierci, ale wszystko to musi być wyrażone
językiem wyższej matematyki, a zwłaszcza algebry tensorów. Może być również
wyższa topologia i analiza. A przy tym erotycznie silne, nawet zuchwałe, i w
sferach cybernetycznych.
- Zwariowałeś chyba. Matematyką o miłości? Nie, ty masz źle w głowie - zaczął
Iks. Lecz zamilkł wraz z Igrekiem, ponieważ Zet jął deklamować:
Nieśmiały cybernetyk potężne ekstrema
Poznawał, kiedy grupy unimodularne
(...) całkował w popołudnie parne,
Nie wiedząc, czy jest miłość, czy jeszcze jej nie ma.
4.
- Mój przyjaciel - rzekł profesor uroczyście. - (...) Posiada on prawdziwą
zdolność rozwiązywania spraw zawiłych i tajemniczych. Jego obecność pomoże nam
rozwikłać tę nieszczęsną sprawę.
Matematyk przyłożył wskazujący palec do piersi Iksa, chcąc upewnić wszystkich,
że ściśle jego osobę ma na względzie, i rzekł głosem używanym pospolicie na
pogrzebach:
- Jakie trudności zdołałeś pokonać?
- Dotąd żadnych, proszę pana - odpowiedział Iks. - Udało mi się czasem
odgadnąć jakąś łatwą zagadkę. Starałem się myśleć logicznie...
- Zaszczyt ci to przynosi - gruchnął bas. - Logika jest największą zdobyczą
ludzkiego ducha. Ludzkość byłaby godna szacunku, gdyby ludzkość myślała
logicznie. Ale ludzkość jest pomylona! Panowie poeci i inna hołota wodzą ją po
bezdrożach, bałamucą i okłamują. Poetów należy wieszać albo topić.
- Matematyka jest też wielką poezją, proszę pana - zaszemrał Iks.
- Pięknie powiedziane! Wspaniale powiedziane! Należałoby dodać: matematyka
jest jedyną poezją. Nie taką, co ma fiołki w głowie, lecz potężną i
straszliwą. Chłopcze, witam cię w moim domu! Rozgość się i działaj! Nie
przypuszczałem w tobie tyle mądrości...
5.
Wystarczy usiąść i taki program napisać. Powiedzmy, że chodzi o wersy
wszystkich możliwych utworów poetyckich. Program pyta, na ile wersów ma być
wiersz, a pan decyduje, że na dziesięć, dwadzieścia albo sto. Potem program
pobiera z wewnętrznego zegara komputera liczbę sekund, dokonuje losowego
wyboru, czyli mówiąc zwyczajnie tworzy coraz to nowe kombinacje. Już przy
dziesięciu wersach można uzyskać tysiące przypadkowych utworów. Wczoraj
wprowadziłem do komputera wersy w rodzaju drżą w chłodzie lipy, ciążą mi
powieki, gdybyż aspidistria chciała, daję ci oto żywot i tak dalej. Mam tu
parę rezultatów.
Liczę nucę. dźwięczy sistrum Śmierci, twoje zwycięstwu Śmierci, twoje
zwycięstwo... Gdybyż aspidistria chciała...
Z serca jutrzenki (o, serce) złowrogi albatrosie (gdybyż aspidistria
chciała...) Śmierci, twoje zwycięstwo.
Drżą w chłodzie lipy, liczę noce, dźwięczy sistrum, patrzy złowieszczo dudek.
Drżą w chłodzie lipy.
- Są tu powtórzenia, nie udało się ich uniknąć, zdaje się, że komplikowałoby
to program. Ale przecież także powtórzenia mają walor poetycki.
6.
Za to prawdziwe ukojenie dawała Iksowi poezja, toteż czytał jej wiele,
znajdując najwięcej upodobania w bardziej zrozumiałych utworach poetów o
nieskomplikowanej psychice. Kochał piękno i tu je znajdował. Poezja wzruszyła
go głęboko, na równi z muzyką. Czytając wiersze, nieświadomie przygotowywał
umysł do czekającej go ciężkiej pracy. Białe, nietknięte karty jego umysłu
zapełniały się bez wysiłku, w miarę czytania utworów i zachwycania się nimi,
całymi szeregami strof, tak że Iks wkrótce czerpać mógł prawdziwą rozkosz z
powtarzania głośno lub w myśli rytmicznych zdań dźwięczących pięknem
przeczytanych słów. Pewnego razu natknął się na Mity klasyczne Gayleya i Wiek
bajeczny Bullfincha, stojące obok siebie na jednej z półek bibliotecznych.
Było to dla niego istne objawienie, wielki snop światła w mrokach jego
niewiedzy. Odtąd chciwiej niż kiedykolwiek oddawał się czytaniu poezji.
7.
- T...
- Słucham.
- Czy rozsądek waży?
- Co to znowu za brednie?
- Wujek Edmundo tak mówił. Powiedział, że jestem przedwcześnie rozwinięty i
wkrótce nabiorę rozsądku. A ja nie czuję różnicy.
- Wujek Edmundo jest głupi. Wciska ci różne bzdury.
- Wcale nie jest głupi. Jest bardzo mądry. Kiedy dorosnę, też taki będę,
zostanę poetą i będę nosił muszkę. Pewnego dnia zrobię sobie zdjęcie w muszce.
- A po co ci muszka?
- Bo nie można zostać poetą bez muszki. Wujek Edmundo pokazywał mi kiedyś
zdjęcia poetów w gazecie, wszyscy nosili muszki.
- Iks, nie wierz we wszystkie bzdury, które plecie wujek Edmundo. Jest trochę
stuknięty. Trochę kłamie.
- To znaczy, że jest skurwysynem?
8.
- No widzisz, jaki jesteś mądry. Śpiewasz i nie wiesz, co znaczy.
- Bo to jest wierszem, to nie musi człowiek wiedzieć, co to znaczy.
- Dlaczego?
- Głupi jesteś. Wierszem, to znaczy, żeby się rymowało, a to jest bardzo
trudno. To nie zawsze wychodzi tak, żeby się rozumiało, o co chodzi.
- To po co się robi wierszem?
- Żeby było ładnie.
- A wierszem jest ładnie?
- No chyba.
- Kto to powiedział?
- Nasza pani.
- A tobie się podoba?
- Pewnie. Bo to krótkie linijki. Łatwiej czytać. Zobaczysz, jak pójdziesz do
szkoły.
- Rozumiem.
- Nic nie rozumiesz. Bo nie umiesz czytać. Pisać też nie umiesz.
- Nauczę się.
- Jak każą przepisywać z "Mowy polskiej" wiersz, to zawsze jest mniej roboty,
niż jak każą przepisać takie długie, pisane jednym ciurkiem.
- Rozumiem.
- Właśnie, że nie. Bo jak pisane jednym ciurkiem, to człowiek przeważnie
rozumie, co to znaczy, a jak pisane wierszem, to albo się nie rozumie, albo
bujają.
- Jak to bujają?
- No, to co dzisiaj przepisywałem. Jakbym ci przeczytał, to byś zobaczył. To
było w mieście. Tam stoi tak na samym końcu:
każda brama taka sama,
a co dom to gmach.
- Aha.
- Co aha? Czy każda brama jest taka sama? Myśmy z Andrzejewskim dziś wracali
razem ze szkoły, tośmy patrzyli. Bujda. Każda inna.
9.
Przed przystań zajechał olbrzymi wóz-chłodnia, cały z aluminiowej blachy,
błyszczący i okazały. Ciężarówka była wielka i okazała, kierowca zaś maleńki i
niepozorny. Miał wielką łysinę, a twarz podobną do śniętego dorsza. Może
dlatego, że często woził ryby.
Ciekaw byłem, czym ciotka K. oczarowała dorszowatego kierowcę? Może kartami?
Może piętnastoma tysiącami na liczniku? A może znajomością ichtiologii, czyli
nauki o rybach? Z ciocią nigdy nic nie wiadomo. Ma pomysły.
Czekałem z niecierpliwością, co się okaże. Po chwili okazało się, że nic z
tego nie rozumiem.
Kierowca wyskoczył z szoferki, przywitał się z ciocią tak serdecznie, jakby
była jego rodzoną siostrą. Ciocia K. zawołała radośnie:
- Już sobie przypomniałam. Zaraz panu powiem. - I zaczęła mówić wzniośle,
kwieciście i do tego wierszem:
Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak bliski,
Słowik to, a nie skowronek się zrywa
I śpiewem przeszył trwożne ucho twoje.
Zupełnie zbaraniałem. Rozejrzałem się. Nie było ani słowika, ani skowronka i
nikt śpiewem nie przeszył trwożnego ucha kierowcy. O czym ciocia mówi? Co jej
przyszło do głowy? A ciocia uniosła oczy do nieba, położyła dłoń na sercu i
dokończyła:
Co noc on śpiewa ówdzie na gałązce
Granatu, wierzaj mi, że to był słowik.
Uwierzyłem na słowo, choć słowika nie widziałem ani nawet nie słyszałem i nie
mogłem również dojrzeć gałązki granatu. Lecz kierowca dojrzał, bo naraz jego
dorszowata twarz rozpromieniła się, a wyłupiaste oczy nabrały dziwnego blasku.
Położył dłoń na sercu i zadeklamował:
Skowronek to, ów czujny herold ranku, Nie
słowik, widzisz te zazdrosne smugi, Co tam na
wschodzie złocą chmur krawędzie?
- Przepraszam bardzo - przerwałem mu. - Ustalcie nareszcie, czy to słowik, czy
skowronek.
Ciocia spiorunowała mnie pełnym poezji spojrzeniem.
- Nie przerywaj!
A kierowca z Centrali Rybnej westchnął i ciągnął dalej:
Pochodnie nocy już się wypaliły
I dzień się wspina raźnie na gór szczyty.
Chcąc żyć, iść muszę lub zostając - umrzeć.
- Proszę nie umierać - wtrącił Iksuś - bo my chcemy dojechać do Kołobrzegu.
Teraz kierowca spiorunował spojrzeniem Iksusia.
- Nie przeszkadzać! - zawołał i zwrócił się do cioci. - Widzi pani, to jest
nasza młodzież. Nic w nich nie ma romantyzmu. W głowie pustka, a w sercu chłód.
10.
- Panie pułkowniku, zdaje się, że był jeszcze jeden przedmiot, którego nie ma
na liście.
- Był? - zapytał podpułkownik. - A dlaczego mi przedtem nie powiedziano? -
dodał surowo.
- Jakoś się to wymknęło w zamieszaniu, panie pułkowniku.
- A co to za przedmiot?
- Mały czarny notes kieszonkowy, panie pułkowniku - odparł młodszy sierżant. -
Ostatnio widziałem go, jak leżał na siedzeniu naszego dżipa.
- W takim razie jestem zmuszony przeprosić pana, sierżancie - powiedział
podpułkownik do W.
- Nic nie szkodzi, panie pułkowniku - odrzekł W.
- Przyniosę go, sierżancie - powiedział dowódca patrolu.
- Pójdę z wami - odparł W.
Doszedłszy do dżipa musieli zapalić latarkę, żeby odszukać notes. Spadł z
siedzenia kierowcy na podłogę.
- O, proszę, sierżancie - powiedział dowódca patrolu. Kiedy podniósł notes,
wypadła z niego jakaś kartka.
- Chwileczkę - rzekł W. Wziął od niego latarkę i podniósł kartkę.
- Nie zauważyłem - usprawiedliwił się młodszy sierżant. W. rozłożył kartkę i
poświecił sobie latarką. Wyglądało to na krótkie linijki rymowanego wiersza,
poematu. U góry był tytuł wypisany drukowanymi literami: PIEŚŃ NADTERMINOWYCH.
Nie próbował tego czytać. Złożył kartkę, wsunął ją do kieszeni koszuli,
starannie zapiął guzik i przejrzał notes. Nie było w nim nic prócz długiej
listy książek pod
nagłówkiem: DO PRZECZYTANIA.
11.
Przeczytałem ja to, co napisałem o wiośnie, i widzę, że mam ja ogromny talent
literacki. Może jeszcze niezupełnie dorównałem Puszkinowi, ale na pewno lepiej
u mnie wychodzi, niźli u burżujskich pisarzy, zmuszonych zawsze kłamać i
wysługiwać się kapitalistom. Tak, literatura nie znosi przymusu, więc może
kwitnąć tylko tam, gdzie my jesteśmy i gdzie opiekuje się nią OJCIEC STALIN.
Bo, na przykład, co jest u tych Polaków?... Nic... Pytałem ja, to mnie
powiedzieli o Mickiewiczu, że był to wielki poeta i tak dalej. To ja splunąłem
I spytałem: "Cóż on takiego wielkiego napisał?" A mnie mówią: "Pana Tadeusza".
To ja potem tak się śmiałem, że mnie aż łzy z oczu poszły. Napisał o panu,
więc zaraz: wiel-ki poeta!... U nas jest Tołstoj. Chociaż był to początkowo
hrabia i pasożyt, ale potem się poprawił i nawet sam dla siebie buty robił. I
jest dużo innych pisarzy. A za granicą co?... Nic... W takiej Anglii,
słyszałem, był Szekspir, to on tylko o królach i ministrach pisał i wysługiwał
się kapitalistom amerykańskim, niszcząc świadomość klasową proletariatu. I w
Germanii przed Hitlerem nikogo dobrego nie było, tylko Beethoven, który
napisał "Fausta" i to, na pewno, ściągnął go u Ilii Erenburga. Tak, jedynie
ruski naród może dać coś pięknego I pożytecznego światu. Zamierzam i ja, gdy
będę miał trochę więcej wolnego czasu, napisać jakąś bardzo grubą książkę o
naszych osiągnięciach kulturalnych i o wielkości naszego narodu.
12.
Lecz przed księgarnią Awirunusa kazał się zatrzymać i wysiadłszy zakupił
ozdobny rękopis, który oddał Iksowi.
- To podarek dla ciebie - rzekł.
- Dzięki! - odrzekł Iks. Po czym spojrzawszy na tytuł zapytał: - Satyricon? To
coś nowego. Czyje to?
- Moje. Ale ja nie chcę iść śladem Rufinusa, którego historię miałem ci
opowiedzieć, ani też śladem Fabrycjusza Wejenta, dlatego nikt o tym nie wie,
ty zaś nikomu nie mów.
- A mówiłeś, że nie piszesz wierszy - rzekł Iks zaglądając do środka - tu zaś
widzę prozę gęsto nimi przeplataną.
- Jak będziesz czytał, zwróć uwagę na ucztę Trymalchiona. Co do wierszy,
zbrzydły mi od czasu, jak Igrek pisze epos. Witeliusz, widzisz, chcąc sobie
ulżyć, używa pałeczki z kości słoniowej, którą zasuwa sobie w gardło: inni
posługują się piórami flamingów maczanymi w oliwie lub w odwarze macierzanki -
ja zaś odczytuję poezje Igreka - i skutek jest natychmiastowy. Mogę je potem
chwalić, jeśli nie z czystym sumieniem, to z czystym żołądkiem.
13.
– Nie podobają się panu moje wiersze? – zapytał zaciekawiony Iwan.
– Strasznie mi się nie podobają.
– A które z nich pan czytał?
– Nie czytałem żadnych pańskich wierszy! – nerwowo wykrzyknął przybysz.
– Więc dlaczego pan tak mówi?
– Cóż w tym dziwnego? – odpowiedział gość. – Albo to nie czytałem innych
wierszy? Zresztą, różnie to bywa... Dobrze, gotów jestem uwierzyć na słowo.
Proszę mi powiedzieć, czy te pana wiersze są dobre?
– Potworne! – śmiało i szczerze powiedział nagle Iwan.
– Proszę ich więcej nie pisać! – błagalnie poprosił przybysz.
– Przyrzekam to i przysięgam – uroczyście oświadczył Iwan.
Przypieczętowali tę przysięgę uściskiem dłoni, ale z korytarza dobiegły nagle
czyjeś miękkie kroki, jakieś głosy.
14.
- Podejrzewam, że nigdzie na świecie nie ma ani jednego prawdziwego Kanka-bono
- odparł ambasador. W swoim czasie napisał dwudziestosześciostrofowy poemat
zatytułowany "Ostatni Kanka-bono", opowiadający o zagładzie małego plemienia z
ekwadorskiej dżungli. Na początku wiersza było jedenastu Kanka-bonów. Pod
koniec został już tylko jeden, a i ten nie czuł się zbyt dobrze. Wiersz był
ćwiczeniem z wyobraźni, ponieważ autor, jak większość Ekwadorczyków, nigdy nie
widział żadnego Kanka-bono. Słyszał jedynie, że liczebność plemienia spadła do
zaledwie czternastu członków, a zatem jego ostateczna zagłada wskutek naporu
cywilizacji wydawała się nieunikniona.
15.
– Mój wuj Furiusz twierdzi, że najmądrzejszy jest ten, kto potrafi sobie
dobrać mądrych ludzi, żeby za niego myśleli. Ale ty musisz być bardzo uczony,
Iksie?
– Powszechnie uchodzę za skończonego głupca, i to tym głupszego, im więcej czytam.
– Na mnie robisz wrażenie całkiem rozumnego chłopca. Umiesz tak pięknie opowiadać.
– Ale się jąkam. Mój język jest też iksyjski.
– Może to wynika z nerwowości. Pewnie nie znasz zbyt wielu dziewcząt?
– Nie. Zresztą ty pierwsza nie śmiejesz się ze mnie. Czy nie moglibyśmy
widywać się od czasu do czasu? Wprawdzie nie nauczysz mnie biegać, ale ja cię
mogę nauczyć po grecku. Masz ochotę?
– Och, świetnie! Ale będziesz mi dawał interesujące książki do nauki, nieprawdaż?
– Jakie tylko zechcesz. Czy lubisz historię?
– Najbardziej lubię poezję. W historii jest strasznie dużo nazw i dat, które
trzeba zapamiętać. Moja starsza siostra przepada za erotykami Parteniusza. Czy
czytałeś je?
– Parę utworów. Ale nie lubię tego poety; jest za sztuczny. Ja lubię prawdziwe
książki.
– Ja też. Ale czy jest jakiś grecki poeta, który by nie był sztuczny?
– Owszem. Teokryt. Bardzo go lubię. Poproś ciotkę, żeby cię jutro
przyprowadziła tutaj o tej samej porze, a ja przyniosę Teokryta i od razu
zaczniemy lekcje.
– Ale przyrzekasz, że nie jest nudny?
– Jest bardzo zajmujący.
16.
Teraz Teté wybuchnęła wrzaskliwym płaczem, ty przeklęty, przewróciła filiżankę
z kawą, żebyś raz wreszcie zdechł, a señora Zoila nie szalej, dziecko, nie
szalej, a ona taki wielki wyrósł i taki z niego pedał, a señora Zoila
zaplamiłaś obrus, a ona zamiast robić babskie plotki, idź już lepiej, pisz
sobie te swoje pedziowate wierszyki. Wstała od stołu, wyszła z jadalni i
ciągle krzyczała te twoje wierszyki, ty kapusiu, ty pedale, i żebyś zdechł,
przeklęty łobuzie... Słyszeli, jak wbiega po schodach, trzasnęła drzwiami.
Santiago poruszał łyżeczką w pustej filiżance, jakby chciał rozmieszać cukier.
- Czy to prawda, co mówiła Teté - uśmiechnął się don Fermín. - Piszesz
wiersze, chudzino?
- Tak, w takim małym zeszyciku, i chowa je za Encyklopedią, myśmy wszystkie
czytali, ja i Teté - powiedział Chispas. - Wiersze o miłości, i jeszcze o
Inkach. Nie wstydź się, mądralo. Zobacz, tato, jak on się wstydzi.
- Przecież ty ledwo umiesz czytać, trudno uwierzyć, że cokolwiek przeczytałeś
- powiedział S.
- Nie ty jeden umiesz czytać - powiedziała señora Zoila. - Nie bądź taki
zarozumiały.
- Dobra, dobra, smaruj sobie te twoje pensjonarskie wypociny, mądralo -
powiedział Chispas.
- Niczego się nie nauczyli, i po co im była najlepsza szkoła w L. - westchnęła
señora Zoila. - Wymyślają sobie jak dorożkarze, i to w naszej obecności.
17.
Obiad zakończył się wspaniałym podwójnym akcentem i Iksa, objedzona zarówno
kompotem gruszkowym, jak wiśniowym, poczuła się widać w obowiązku odpłacić
gościnnemu domowi czymś prawdziwie cennym.
- Powiem wierszyk! - oznajmiła nagle, zdejmując botki i włażąc na krzesło.
Odkaszlnęła leciutko, by skierować na siebie uwagę zebranych, złożyła wiotkie
rączki wyuczonym ruchem, przybrała sztuczną minkę i sztucznym blaszanym
głosikiem wyrecytowała, patrząc głęboko w oczy pana Lewandowskiego:
- Stary jesteś, śmierć cię czeka. Garbarz po twą skórę pośle. Już niedługo
twego życia. Mój ty stary, biedny ośle.
Urwała.
Zapanowało ciężkie, pełne konsternacji milczenie, w które Iksa niezwłocznie
znów wkroczyła, ulegając nagłemu atakowi kaszlu. Wykaszlawszy się, złapała
równowagę i z wysokości krzesła oznajmiła z oszołomioną miną:
- Do diabła, zapomniałam, jak to dalej leci.
- Całe szczęście - burknął Sławek. - Nie wiadomo, do czego by doszło.
18.
- Ty łajdaku (...). Od kiedy u nich pracujesz?
Odpychając mnie lękliwie rękami zabełkotał niewyraźnie:
- Od trzech lat.
Trzasnąłem go na odlew po tym pysku bez zarostu. Upadł na kolana, ale tak
jakoś umiejętnie, żeby nie uszkodzić kanistra. Schwycił moją rękę i zaczął ją
całować paskudnie mokrymi i śliskimi ustami. Dopiero teraz spostrzegłem, że
wcale nie był taki młody. Miał coś starczo chytrego w tej infantylnej twarzy
pozbawionej owłosienia.
- Ile ty masz lat, świntuchu?
- Trzydzieści trzy - wystękał, okrywając moją dłoń gorliwymi pocałunkami.
Uderzyłem go jeszcze raz. Otarł wtedy ręką nos, żeby sprawdzić, czy nie
krwawi, i zajęczał:
- Czterdzieści. Przysięgam Bogu, że mówię prawdę.
- Jak cię zwerbowali?
- Piszę im wiersze. Wymyślam także dowcipy. Dla departamentu propagandy i
badań nastrojów ludności.
- Wstawaj, draniu. Nie rób zgrywy, bo powiem ludziom, kim jesteś.
Zaczął się podnosić z kolan chlipiąc nosem. Oczyścił starannie rękawem krawędź
bańki. Taki był mi oddany.
- Co to za wiersze? - spytałem i złapałem znowu za kołnierz ohydnej,
przepoconej koszuli.
- Satyryczne. Na różnych opozycjonistów, kontestatorów, w ogóle wrogów.
- A dowcipy?
- Dowcipy to na ludzi z rządu. Dwa rodzaje anegdot. Jedne sondażowe, żeby
sprawdzić, jak tłum reaguje, a drugie przeciwko działaczom, którzy wylatują z
obiegu.
- Potworze. Zawołam jednak ludzi, żeby cię zlinczowali.
On znowu upadł na kolana i chwycił swoimi łapkami jaszczurki moją rękę.
- Błagam, proszę mi wybaczyć. Przecież ja się przyznałem. Co miałem robić? Co
mógł robić człowiek ze Starogardu i do tego ułomny? Dwadzieścia lat pisałem
wiersze i pies z kulawą nogą nie powiedział dobrego słowa. Wszystkie listy z
wydawnictw i redakcji zaczynały się od: "Z przykrością informujemy".
Znienawidziłem w końcu pocztę. Pan mnie zrozumie i wybaczy. Inni gorsze
świństwa wyprawiają. Ja pana proszę w imieniu moich rodziców, bo ja jestem
sierota.
- Masz tyle lat co PRL i tyle samo perfidii. Może jeszcze coś zacytujesz z
moich tekstów?
- Proszę bardzo - ucieszył się sprzedajny Tadzio. - Już mam odpowiednią
cytatkę. - Podniosłem pięść, żeby uderzyć. A on skulił się i zapłakał.
- Kiedy ja naprawdę uwielbiam pana prozę. To jedno z drugim nie ma nic
wspólnego. Jestem pod pana literackim urokiem. W mojej poezji są pańskie
wpływy. Dyrekcja departamentu stawia mi nawet zarzut, że inspiruję się pana
twórczością. Ja pana kocham. Nie mogę żyć bez pana.
Pijacy obserwowali mnie nieprzychylnie. Postronnym mogło się wydawać, że
maltretuję nieletniego.
- Wstawaj, kutasie starogardzki. I przepadnij mi z oczu.
19.
- Rozstrzelać! Z armaty. Czy wy kiedyś nauczycie się pisać wiersze?
- To pisz sam - odgryzłem się.
- Ja nie mogę pisać. Nie mam predyspozycji na Puszkina. (...)
- Pardon! - zawołał Witek. - Żądam, by w gazecie otworzyć dział krytyki
literackiej. Będę pisał artykuły krytyczne. Rozniosę was wszystkich! Przypomnę
jeszcze ten utwór o daczy.
- Jaki? - zapytał Edek.
- "Chcę zbudować letnie mieszkanie - zacytował Korniejew. - A gdzie? Oto jest
pytanie! Rada Zakładowa milczy jak głaz, może się wreszcie wypowie raz". Było
tak? Przyznajcie się!
- Wielkie rzeczy - powiedziałem. - Puszkinowi też się zdarzały słabsze
wiersze. Nawet w wypisach szkolnych nie dają ich w całości. (...)
Robota szła pełną parą. Zdążyliśmy napisać i odrzucić szereg wariantów na
temat łaźni: "W naszej łaźni wody w bród, tylko zimna jest jak lód". "Kiedy w
brzuchu burczy z głodu, trudno myć się zimną wodą". "W instytucie dwieście
dusz, każdy chce gorący tusz!" Korniejew pastwił się nad nami jak autentyczny
krytyk literacki. "Uczcie się od Puszkina!!" - perorował. (...)
Siedzi obok was taki geniusz, a wy nawet nie potraficie go naśladować: "Ził na
pełnym gazie mknie i za chwilę zmiażdży mnie..." Jaka siła fizyczna rozsadza
te wiersze! Ileż w tym ekspresji!
20.
Tak naprawdę to dotarło do mnie tylko jedno słowo. - Poeta? - powtórzyłem
zaskoczony.
- Nie wiedziałeś o tym? - uśmiechnął się szeroko. - Tak właśnie dostałem się
na Iks: Fundacja Guggenheima opłaciła mi podróż. - Wyjął garnek z piecyka,
nałożył gulasz na dwa talerze i zabraliśmy się do jedzenia.
I to był facet, który dwa dni temu przez dobrą godzinę wrzeszczał zajadle na
swych partnerów, podczas gdy my z Susie wysłuchiwaliśmy tego wściekli, w
lądowniku. Teraz było już po zwrocie statku, byliśmy prawie że w domu,
bezpieczni, wiedzieliśmy, że nie zabraknie paliwa i nie musieliśmy się o nic
martwić, ponieważ nagrodę mieliśmy już w kieszeni. Zapytałem Miecznikowa o
jego wiersze. Nie chciał mi niczego zadeklamować, ale obiecał pokazać kopie
tego, co wyśle Fundacji, gdy tylko wrócimy na Iks.
21.
Potem kilku chłopców recytowało wiersze, o bardzo zróżnicowanym poziomie
literackim, lecz o dość jednoznacznej treści. Wszystkie wyrażały protest
przeciwko zamknięciu, ubezwłasnowolnieniu i pozbawieniu młodych ludzi
jakichkolwiek możliwości kształtowania swojego losu. Nie było w nich żadnych
wezwań do czynów mogących zaszkodzić planecie, raczej stawiały retoryczne
pytania...
Jeden z wierszy szczególnie utkwił Rinahowi w pamięci. Brzmiał mnie j więcej tak:
Słowem bezustym
gestem bezrękim
wznosisz bezwiednie
mur wokół siebie
i ścian uszatych
przejrzystą matnię
w noce bezgwiezdne
myślą bezmózgą
błądząc bezsennie
nadziei własnej
zamurowujesz
wyjścia ostatnie
Wiersz był charakterystycznym przykładem twórczości, młodych iksyjskich
poetów, kryjących się przed okiem i uchem Centrali, mogących rozpowszechniać
swoje smutne i gorzkie utwory jedynie w wąskim gronie kolegów.
Rinaha zdumiewały w tych wierszach - niezależnie od ich poetyckich walorów -
przede wszystkim dwie sprawy: język, niezwykle bogaty w słowa, oznaczające
pojęcia nie znane Iksyjczykom z własnych doświadczeń, oraz trafność oceny
własnej sytuacji w zamkniętym świecie planety.
22.
Aula wydziału filozoficznego była przepełniona, a na podium siedziało kilku
poetów. Młodzieniec w błękitnej koszuli (jakie nosili wówczas członkowie
Związku Młodzieży), z bujną czupryną do góry zaczesanych włosów, stał na
przodzie i mówił:
- Poezja nigdy nie odgrywa tak ważnej roli jak w czasach rewolucji; poezja
oddała rewolucji swój głos, a rewolucja w zamian za to wyzwoliła ją z
samotności; poeta dzisiaj wie, że ludzie go słyszą, że słyszy go zwłaszcza
młodzież, bo: "Młodość, poezja i rewolucja – to jedno!"
Potem powstał pierwszy poeta i recytował wiersz o dziewczynie, która rozstaje
się z ukochanym, ponieważ ukochany, pracujący przy sąsiedniej tokarce, jest
nicponiem i nie wypełnia planu; ukochany nie chce jednak dziewczyny stracić i
dlatego zaczyna pilnie pracować, aż wreszcie na jego tokarce pojawia się
czerwona chorągiewka przodownika pracy. Po nim wstawali kolejni poeci i
wygłaszali wiersze o pokoju, o Leninie i Stalinie, o bojownikach zamęczonych
przez faszystów i o robotnikach przekraczających normy.
23.
Cisza panowała tak wielka, że Iks słyszał uderzenia własnego serca. Pomyślał
więc sobie:
- Oto czas na pisanie wierszy.
Usiadł przy stoliku oświetlonym promieniami księżyca i położył przed sobą
kartkę papieru. W kieszeni szlafroka odnalazł gęsie pióro, z którym się nigdy
nie rozstawał. Zanurzył je w atramencie i napisał tytuł wiersza:
"Noc na Dzikiej Przełęczy".
Teraz trzeba było wymyślić wiersz, a Iks wiedział, że nie jest to sprawa łatwa
i prosta. Dawno już nie pisał wierszy i wyszedł z wprawy. W każdym razie po
dłuższym namyśle napisał pierwszą linijkę.
W świetle księżyca milczą góry.
- To nawet niezłe - pomyślał. - Ale co dalej? W tym samym momencie na podwórzu
rozległ się nieludzki wrzask:
- Ratunku! Ratunku! - połączony z głośnym szczekaniem psów.
Iks cisnął pióro i skoczył do okna.
Jakiś człowiek usiłował wdrapać się na mur, oddzielający podwórze od szosy.
Przychodziło mu to z trudnością, jako że nie odznaczał się wysokim wzrostem,
ponadto zaś u każdej z nogawek jego spodni wisiał duży owczarek.
Księżyc świecił tak jasno, że Iks bez trudu poznał Don Igreka. Słynny astrolog
bez ustanku wołał o ratunek, obawiając się, że psy pozbawią go ważnej części
ubrania. Trach - i oto w psich zębach znalazły się kawałki spodni Don Igreka,
sam zaś astrolog podciągnął się na rękach i usiadł na murze.
Z okna izby na parterze wychylił się Barnaba.
- Zagryź! Uduś!
Astrolog podkurczył nogi i jęknął rozpaczliwie:
- Nie gryźcie! Nie duście! Darujcie mi życie! Barnaba zawołał jeszcze raz:
- Zagryź! Uduś! - Do nogi!
24.
Zapadłem w sen. Gdy się ocknąłem, Z. już wyszedł. Było zimno, nie miałem
najmniejszej ochoty wstawać, sięgnąłem na półkę po ukochaną książkę, jaką tu
przywiozłem, poezje Mallarmego. Czytałem powoli, urywkami, zamykałem tomik i
znowu go otwierałem, wreszcie odłożyłem. Słowa tych wierszy wydały mi się po
raz pierwszy anemiczne, wyblakłe, pozbawione ludzkich treści, puste i
zawieszone w próżni; były niby destylowana woda pozbawiona nie tylko zarazków,
ale i życiodajnych substancji.
W religiach, które utraciły moc wiary, bogowie stają się tylko figurami
retorycznymi, ornamentami dla ludzkiej samotności lub obrazami zdobiącymi
ściany. Coś podobnego działo się z tą poezją. Namiętność i tęsknota serca
tętniącego żywymi sokami obróciła się w pustą igraszkę i jałową grę intelektu.
Znów otworzyłem książkę, zacząłem czytać. Dlaczego przez tyle lat pozostawałem
pod urokiem tych wierszy? Czysta poezja! Tętniące życie przekształca w
błyskotliwą rozrywkę, pozbawioną choćby kropli krwi. Wedle niej gruboskórny,
nieociosany, skalany miłością cielesną i żądzą ród ludzki powinien stać się
abstrakcyjną ideą i ulegając alchemii mózgu zdematerializować się i rozproszyć.
Jak to się stało, że wszystko, co dotąd uważałem za cenne, tego ranka wydało
mi się cyrkową ekwilibrystyką i kłamstwem szarlatana?
25.
M. dwa razy próbował mówić, nim wreszcie udało mu się złożyć do kupy swą myśl.
- Czy to moja żona wszczęła alarm?
Beatty skinął głową. - Ale jej przyjaciółki złożyły już wcześniej meldunek,
którego jednak nie uwzględniłem. W ten czy inny sposób nie uniknąłbyś tego. To
było dość głupie - cytować wiersze na prawo i na lewo, jak gdyby nigdy nic.
Postępek cholernie głupiego snoba. Dać człowiekowi parę linijek wiersza, a już
myśli, że jest panem wszelkiego stworzenia. Zdaje mu się, że może chodzić po
wodzie z pomocą swych książek. Ale świat potrafi doskonale się bez nich
obywać. Patrz, dokąd cię zaprowadziły: siedzisz w błocie po same uszy. Jeśli
kiwnę moim małym palcem, utopisz się.
--
Wysłano z serwisu Usenet w portalu Gazeta.pl -> http://www.gazeta.pl/usenet/
Gosia Wolniewicz
Feb 14, 2009, 6:02:17 PM
Konkurs już się zakończył, czas więc na rozwiązanie zagadek.
1. Edmund Niziurski, Sposób na Alcybiadesa
2. Douglas Adams, Autostopem przez Galaktykę
3. Stanisław Lem, Cyberiada, opowiadanie "Wyprawa pierwsza A czyli Elektrybałt
Trurla"
4. Kornel Makuszyński, Szatan z siódmej klasy
5. Umberto Eco, Wahadło Foucaulta
6. Jack London, Martin Eden
7. José Mauro de Vasconcelos, Moje drzewko pomarańczowe
8. Mira Michałowska, Drobne ustroje
9. Adam Bahdaj, Podróż za jeden uśmiech
10. James Jones, Stąd do wieczności
11. Sergiusz Piasecki, Zapiski oficera Armii Czerwonej
12. Henryk Sienkiewicz, Quo vadis
13. Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata
14. Kurt Vonnegut, Galapagos
15. Robert Graves, Ja, Klaudiusz
16. Mario Vargas Llosa, Rozmowa w "Katedrze"
17. Małgorzata Musierowicz, Opium w rosole
18. Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa
19. Arkadij i Borys Strrugaccy, Poniedziałek zaczyna się w sobotę
20. Frederik Pohl, Gateway: Brama do gwiazd
21. Janusz A. Zajdel, Paradyzja
22. Milan Kundera, Życie jest gdzie indziej
23. Stanisław Pagaczewski, Porwanie Baltazara Gąbki
24. Nikos Kazantzakis, Grek Zorba
25. Ray Bradbury, Fahrenheit 451
W przypadku fragmentu nr 3 za tytuł zbioru, czyli "Cyberiadę", przyznawałam
pół punktu. Cały punkt zdecydowałam się przyznawać jeśli w odpowiedzi pojawił
się ciąg znaków "Elektrybałt Trurla". Nie wymagałam wzmianek o wyprawie, a już
o tym, że była to "Pierwsza A", tym bardziej.
Rozwiązanie konkursu postaram się przedstawić w ciągu weekendu, ale czy mi się
to uda to zobaczymy.
--
Wysłano z serwisu Usenet w portalu Gazeta.pl -> http://www.gazeta.pl/usenet/
Gosia Wolniewicz
Feb 16, 2009, 7:46:42 PM
Konkurs "poetycki" dobiegł końca, czas więc na przedstawienie wyników. Chciało
by się pokusić o zamieszczenie ciekawych cytatów z konkursowych maili,
zaskakujących strzałów, bogatych statystyk i innych różnej maści podsumowań,
ale prawda jest taka, że czasu na to nie mam ani trochę. Ograniczę się więc do
niezbędnego minimum.
A zatem tabela wyników przedstawia się następująco:
1. argothiel - 39
2. woy - 34.5
3. Michał Jankowski - 31.5
4. Czajka - 29.5
5. Cezar Matkowski - 28
6. Imka - 28
7. Agnes - 25
8. emkawu - 24.5
9. Azja - 19
10. Szymon Sokół - 19
11. Grzegorz Bednarczyk - 15.5
12. Jan Rudziński - 15
13. Leszek Maszczyk - 15
14. Hanna Burdon - 14.5
15. bans - 13.5
16. Grzegorz Staniak - 12.5
17. Marcin Fastyn - 11
18. Igor Wawrzyniak - 9.5
I poza konkursem TRad, z dorobkiem punktowym, jak zeznaje, 28 punktów.
Jeden fragment skutecznie oparł się wszystkim zgadującym. Socjalistyczna
poezja o przodownikach pracy przy tokarce sprawiła niestety kłopot każdemu.
Pozostałe fragmenty znalazły co najmniej jednego pogromcę. Poniżej mała
statystyka prawidłowych odpowiedzi, z ilością prawidłowych wskazań autora w
nawiasie.
1. 14
2. 15
3. 12 (18)
4. 12
5. 2
6. 3
7. 5
8. 2
9. 13
10. 5
11. 9.5 (8)
12. 12 (12)
13. 12 (12)
14. 3(5)
15. 9
16. 3 (4)
17. 12 (14)
18. 3
19. 8
20. 1 (2)
21. 10
22. 0
23. 12
24. 3
25. 6
Ja z konkursu jestem zadowolona - konkurs był w końcu łatwy, przynajmniej
początkowe fragmenty. ;)
Dziękuję wszystkim za udział.
Gosia
--
Wysłano z serwisu Usenet w portalu Gazeta.pl -> http://www.gazeta.pl/usenet/